28/07/2026
115km oraz 3500m przewyższenia, brzmi całkiem zacnie. Takie liczby odnosiły się do wyścigu Black Forest Ultra Bikemaraton, która była V rundą pucharu świata UCI Hero Maraton World Cup.
O tym wyścigu słyszałem, że jest najszybszym i najłatwiejszym od strony technicznej z całej serii sześciu wyścigów rozgrywanych w ramach pucharu.
Trochę z ciekawości chciałem się przekonać czy rzeczywiście tak jest.
Wyścig rozegrany 26 lipca ze startem i metą w miejscowości Kirchzarten w niemieckim Szwarcwaldzie. Na wyścig zapisałem się w kategorii UCI Masters, więc start był z samego rana o 7:30 z pierwszego sektora razem z UCI Elite (Mastersi byli ustawieni na końcu sektora). No cóż takie ustawienie wróżyło tylko jedno. Od samego początku będzie mocne tempo. Z sektorem pojechałem może pierwsze 2km, które były płaskim wyjazdem z miasta, jak tylko zaczął się pierwszy 10km podjazd to wszystko się rozciągnęło, a ja zostałem ze swoją kategorią Masters. Pierwszy podjazd idzie całkiem mocno, chociaż ja mam jakieś takie nie swoje samopoczucie. Niby jest ok, ale jakoś tak nie do końca. Trochę się zdziwiłem, gdy nie podjechałem jeszcze do końca podjazdu, a doszła mnie czołówka kobiet Elite. Ja nie jechałem jakoś słabo, no ale dziewczyny musiały jechać piekielnie mocno, startowały 10 min za nami. Nie ma co, jadę dalej swoje. Kolejny podjazd ja nadal czuje się nieswojo, jest jakiś 30km, a mi w głowie rodzą się jakieś czarne myśli, „co ja tu robię”, „jak ja to ukończę” (widać, że takie myśli zdarzają się najlepszym 😜 ). Mijają wymęczone kolejne kilometry. Na szczęście powoli zaczyna poprawiać mi się samopoczucie…
Jak już wspomniałem na początku o zasłyszanym charakterze trasy, to w sumie się to potwierdza. Dominują szerokie szutry, czasami są przejazdy po asfalcie, no i cały czas góra – dół. Gdzieś te 3500m przewyższenia musi się nazbierać. Jednak, żeby nie było że tak łatwo, to w sumie ja się cieszę, że wybrałem fulla, a nie hartaila. Drogi zjazdowe często nie są gładkim szutrami, tylko drogami z kamieniami. Trochę na sztywniaku by trzęsło. Nawet czasami zdarzają się jakieś single, gdzie mi o wiele lepiej zjeżdża się na fullu.
O ile pierwsza cześć trasy była dla mnie męczarnią, to druga połowa, po jakiś 3h jazdy, zaczęła być już fajna. Czuje się dobrze, na podjazdach zaczynam wyprzedzać ludzi, zjazdy idą dobrze. Wisienką na torcie dobrego samopoczucia był stromy podjazd na 75km, gdzie było mnóstwo kibiców, grała muzyka, doping niósł człowieka pod górę. A właśnie. Zaskoczeniem dla mnie była duża liczba kibicujących osób na trasie. Jak na Cape Epic. Od wspomnianej 3 godziny jedzie się dobrze. Jadę pokonując kolejne kilometry, wyprzedzając kolejnych zawodników i wypatruje tabliczki z napisem 100km. Wypatrywałem stówki bo ostatnie 15km trasy to co do zasady był zjazd do mety z kilkoma krótkimi podjazdami. Zobaczywszy tą tabliczkę, dostałem skrzydeł. Jadę jak natchniony zjazdy idą dobrze, na krótkich podjazdach jadę zaskakująco mocno i szybko, tak jakbym nie był już w trasie 6h. Na tych ostatnich km udało się dogonić i dość łatwo uciec konkurentowi z kategorii Masters.
Po 6h i 15min docieram na metę. Przed startem trochę się łudziłem, że uda się przyjechać poniżej 6h, no ale nie wyszło. Gorsze samopoczucie z pierwszej części zaważyło na wyniku. Dojeżdżam na 12 pozycji w Mastersach. Czy to dobra lokata? Wiadomo chciało by się wyżej, jednak przy dekoracji mojej kategorii uzmysłowiłem sobie z kim ja się ścigam. Kategoria Masters to są zawodnicy +30 lat. Ja się ścigam z trzydziestolatkami. To jest jednak duża przepaść wydolnościowa. Nie ma tu podziału na kategorie wiekowe. Wyścig wygrał 34 latek. No ale dobra takie są zasady, wiedziałem gdzie startuje, nie ma co narzekać.
Na koniec jeszcze kilka słów o organizacji. Niby wszystko ok, ale jednak jakiś niesmak pozostał. Co jest na duży plus. Oznaczenie trasy, rewelacja. Samych strzałek na trasie nie było za dużo, ale niemalże każde skrzyżowanie było otaśmowane. A przypominam, trasa miała 115km na jednej pętli. Dużo też było osób organizatora na samej trasie. Zabezpieczenie medyczne też bardzo dobre. Co podjazd to stała karetka, do tego na trasie kursował quad ratowniczy. Bufety eleganckie. Od 40km były co 10km, szok. Miasteczko zawodów, wszystkiego mnóstwo. Po wyścigu dostęp do prysznica.
A co pozostawiło niesmak. Zaczniemy od odbioru pakietów. Niby w regulaminie wyścigu było, że odbiór jest od 8 rano do 18. Po pakiety przyszliśmy o 12:15 i trochę się zdziwiliśmy, jak nam pani w biurze oznajmiła, że się spóźniliśmy. Teraz odbiór będzie możliwy od 17 do 18. Po odebraniu pakietu okazało się, że pakietem było kilka ulotek i numery startowe. Trochę słabo jak na wpisowe 150 EUR. Na Capoliviery dawali fajne koszulki kolarskie, w Dolomitach był fajny ręcznik chłodzący i trochę suplementów sportowych. Po przyjechaniu na metę nie było medalu za ukończenie. Wiem może to pi****ła, ale fajnie by uzupełniło kolekcję medali z poprzednich edycji pucharu. Po przyjechaniu na metę próżno też było szukać pasta party. Owszem było dużo stanowisk z jedzeniem, ale wszystko płatne. Raczej na wyścig nie zabiera się ze sobą gotówki, a dostaliśmy talony na pasta party. Potem się dowiedzieliśmy, że Pasta party owszem będzie, ale o 17:00. Ehh na metę wjechałem o 13:30, dobrze by było coś na ząb szybko wrzucić.
Reasumując mam mieszane uczucia co do wyścigu. Organizacyjnie ok, z drobnymi mankamentami. Trasa w sumie spoko, ale jak ktoś szuka technicznych zjazdów, to nie tutaj. Na pewno z perspektywy Warszawy, to dojazd 1200km jest sporą przeszkodą. Do tego Kirchzarten nie jest typową miejscowością turystyczną, więc zaplecze noclegowe skromne. Mieszkaliśmy do drugiej stronie pasma górskiego, więc dojazd na start zajmował nam ponad pół godziny. Ceny noclegów nie były też tanie, takie Szwajcarskie. Jak ktoś jest ciekaw wyścigu to śmiało, ale myślę, że ciekawsze propozycje znajdą się w Polsce. A jak już ktoś koniecznie chce coś za granicą, to zdecydowanie zamiast Black Forest, to polecam Capoliviery Legend na Elbie czy Hero w Dolomitach. Ja raczej nie spodziewam się że drugi raz pojawię się na Black Forest. Chociaż, życie lubi zaskakiwać.
Za wspólny wyjazd podziękowania dla Anna Magoń, która jako jedyna kobieta w kategorii UCI Masters pokonała dystans i dzięki temu objęła prowadzenie w cyklu UCI Hero Maraton World Cup w Masters Women.
Jeżdżę z:
Evanlite
226ers Poland
Maciej Jeziorski - jezior.bike
Kolarstwo od kuchni