09/07/2026
Podsumowanie
Miało go nie być, bo i po co to komu. Ale jednak może komuś się przyda.
A więc cała wyprawa trwała 11 dni, podczas których przejechałem 1288 km i pokonałem w pionie 11804 m. Trasa przedzielona była ośmioma promami, które dla rowerzystów są zawsze w całej Norwegii bezpłatne. Pokonałem ok 50. tuneli. Najdłuższy liczył 6,4 km. Zawsze włączałem światło mrugające z przodu białe i z tyłu czerwone, pomimo, że każdy z nich był oświetlony. Przed dwoma tunelami stały znaki zakaz wjazdu dla rowerzystów. Jeden z nich udało się ominąć w trudnym terenie. Zaś drugi tunel z zakazem liczył 1,8 km długości i łączył dwie wyspy na Lofotach.Niebylo żadnej możliwości objazdu. Świadomie złamałem zakaz, kilku kierowców na mnie trąbiło ale policja nie przyjechała. Uffffff
Noclegi w większości były, to najtańsze domki albo pokoje na campingach gdzie toaleta i prysznic są w innych budynkach. Raz spałem w namiocie, raz w przyczepie kempingowej, a raz nawet w kamperze. Obowiązywała zasada C C C - cena czyni cuda. Ma być najtaniej w okolicy ale pod dachem z dostępem do toalety i prysznica.
Jedzenie, to ważny element wyprawy. W myśl zasady trzeba jeść żeby jechać. Każdego dnia kupowałem 6 bułek. Po dwie na kolację i śniadanie oraz dwie w ciągu dnia. 3 - 4 banany dziennie plus 2 - 3 jabłka. Czekolada i ciastka zbożowe (Bixit moje ulubione w Norwegii). Każdego dnia w trasę miałem termos z gorącą kawą, a gdy przez cały dzień temp. 10 - 12 st C wiatr i deszcz, to kawa robiła robotę do tego woda w bidonach z elektrolitami, magnezem oraz innymi przydatnymi dodatkami. Na każdy dzień zabrałem z Polski żywność liofilizowaną, którą zalewając wrzątkiem przygotowywałem sobie główny posiłek dnia po dotarciu na nocleg.
Pogoda wiedziałem, że może być ciężko. Pierwszy dzień ciepło i słonecznie. Następnie cztery dni zimno, deszczowo i wietrznie. Pozostałe dni różne ale najważniejsze, że bez deszczu. Kilkanaście godzin w ciągu dnia nawet w najtrudniejszych warunkach były dla mnie akceptowalne ale mając nadzieję ciepłego prysznica i noclegu oraz wysuszenia moich rzeczy.
Mega wartością mojej wyprawy byli napotkani rowerzyści z sakwami tak jak ja. Było ich kilkudziesięciu. Najczęściej jadący samodzielnie lub w zespołach dwuosobowych. Z kilkunastoma była okazja chwilę "porozmawiać". Każdy z nich za cel podróży stawiał NORDKAPP, który jest dla mnie mega ważny. Jak wspominałem, że tam dojechałem dwa razy z Polski to czułem się dla nich jak ktoś niesamowity. Pytali mnie o noclegi, przebieg trasy, trudności itp. Czułem się ekspertem - było mi z tym dobrze.Zawiązałem kilka znajomości połączonych wymianą telefonów.
Krajobrazowo, ta wyprawa to była PETARDA.Bije wszystkie poprzednie moje wyjazdy razem wzięte. Wybrzeże Norwegii następnie Lofoty, to rejony górzyste, poprzecinane licznymi fiordami. Woda i skała, to są główne, dominujące żywioły plus następnym jest pogoda. To wszystko definiuje piękno poznanego terenu.
Paradoksem i trudnością dla wielu ludzi, a dla mnie całym urokiem są drobne problemy, które pojawiły się w trakcie trasy. Pogoda i pęknięta opona na 20 km przed końcem, to takie miłe niedogodności. Nie było sytuacji bez wyjścia. Zawsze dawałem radę
A dlaczego dawałem radę?
Po pierwsze mój j. angielski na poziomie ledwo kilkudziesięciu słów. Pomocni byli zawsze Michalina - moja córka i Marek - mój kompan z części pierwszej wyprawy na Nordkapp w 2021 r.
Po drugie, co ważniejsze wsparcie i poparcie mojej żony Mileny, moich dzieci Michaliny i Błażeja jest mega baterią na trasie i to pod każdym względem.
Przygotowując się wiedziałem, że będzie trudniej niż poprzednio, że będzie inna formuła, i całkowita długości trasy, i codziennych dystansów, i pogody, i teremu.
Przyjąłem zasadę, że nie ma być łatwo ale na być WARTO
I było WARTO !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Jakie plany i pomysły na przyszłość?
Czas pokaże.
POZDRAWIAM
P.S. Zdjęcie zrobione na końcu Lofotów w miejscowości o nazwie À