SportoweLove

SportoweLove

Udostępnij

Dane kontaktowe, mapa i wskazówki, formularz kontaktowy, godziny otwarcia, usługi, oceny, zdjęcia, filmy i ogłoszenia od SportoweLove, Bielsko-Biała.

Photos from SportoweLove's post 31/10/2021

Jeśli dzień jest tak ładny, to spokojnie może trwać tę godzinę dłużej ☀️⛰🥾❤️

A wy jak wykorzystaliscie tą gratisową godzinę? ⏰

30/10/2021

Razem zawsze raźniej 🥰🍁👨‍👩‍👧

25/10/2021

Jesienny spacer okiem Jagi ☺️🍁🍂☀️ 🌍

21/10/2021

To się nazywa wypoczynek z widokiem 😉 🍁🍂😊

Photos from SportoweLove's post 27/04/2021

Małe - wielkie wyprawy❗

Zabawne, jak przy dziecku nawet mała wycieczka staje się nieraz eskapadą, która urasta do rangi wyprawy przynajmniej na biegun północny. I tak jak na biegunie — zawsze coś może pójść niezgodnie z planem ;)
Na pierwszą przygodę przygotowujesz się tygodniami, a nawet miesiącami, kompletujesz sprzęt, skrupulatnie opracowujesz plan całej trasy krok po kroku (łącznie z wszelkimi możliwymi przerwami), starasz się przewidzieć każdą możliwą sytuację — na próżno, zawsze coś zaskoczy. I może Cię uratować tylko spokój, opanowanie, hart ducha oraz chęć dotarcia do upragnionego celu.

… tak przynajmniej wygląda to w głowie świeżo upieczonego rodzica :)

Może trochę przesadziliśmy i niektórzy z Was się wystraszyli — w rzeczywistości nie jest to aż takie wielkie wyzwanie, ale w tamtym momencie, w tamtym miejscu i czasie naprawdę tego typu uczucia nas dopadły :)

Już klarujemy o co chodzi.

Pomimo ekspresowego tempa zbierania się i dopracowanego niemalże do perfekcji układu „Ty robisz to, ja robię tamto” do wyjścia z domu, wyjście na spacer w teren lub góry różni się od wyjścia do lekarza. Dlaczego? Bo zawsze dochodzi czynnik stresogenny pod tytułem „im wcześniej, tym lepiej, coby ludzi nie było”. Może nie na każdego ten czynnik działa, ale w naszym przypadku jest on dość istotny – nie po to wyrywamy się w góry, żeby iść gęsiego deptakiem pełnym ludzi :).

Przy małym dzieciątku porę wyjścia dyktuje pora karmienia 🍼, możecie się domyślić, że presja rośnie, kiedy wasze bobo akurat tak ślicznie sobie śpi (przecież nie będziecie go wtedy na siłę budzić) albo przyssie się tak do cyca/butelki, że za nic po 30 minutach nie chce skończyć. Obsuwa czasowa na tym etapie przeważnie gwarantowana (plus doliczcie chwilę na przewijanie, ubieranie na cebulkę, odśnieżanie auta itp.). Tu po raz pierwszy pojawia się zdanie powtarzane niczym mantra - „tylko spokój nas uratuje”.

Tak więc w tym miejscu mała rada od nas dla nas ;) i dla Was. Dostosujcie się do dziecka, ono tu jest najważniejsze, a nie wasze ambicje, by o świcie być na szlaku. Pewnych rzeczy się nie przeskoczy, a po co psuć sobie (i wszystkim dookoła) nastrój, skoro to ma być sama przyjemność, przygoda i relaks? Najważniejsze, żeby początkowo zmieścić się czasowo z trasą pomiędzy karmieniami (czyli 2,5-3 godziny).

Z tego powodu stopniowo ćwiczyliśmy się w spacerach z wózkiem w terenie, ale niezbyt daleko od centrum BB i cywilizacji – deptakiem dookoła lotniska w Aleksandrowicach, szutrówką na Lipniku, asfaltem w Wapienicy, deptakiem w Ustroniu, wzdłuż tamy w Goczałkowicach.

Kiedy jesteście gotowi na większy hardcore, można wypuścić się gdzieś dalej zakładając, że jesteście przygotowani na gimnastykę w stylu karmienie, odbijanie i przewijanie w plenerze. Ponieważ my w międzyczasie zaliczyliśmy, chociażby Magurkę w zimowych warunkach i chuście wiązanej na mrozie (gdzie Darek wpadł na genialny patent jak się zawiązać i nie ubrudzić chusty po same końce) zdawało nam się, że jesteśmy już gotowi na wszystko :)

Nic bardziej mylnego :D.
Wycieczka do samej Żabnicy (ok.30 min jazdy autem z BB) wraz z parkowaniem okazała się już wystarczającym przeżyciem, ponieważ starając się zyskać na czasie uznaliśmy, że nie będziemy czekać do następnego karmienia w domu tylko ruszymy wcześniej i akurat wyrobimy się na porę jedzenia na parkingu w Żabicy, nie martwiąc się już o miejsce pozostawienia auta. (Kto choć raz tam był po godzinie 9tej ten wie, że zaparkowanie w tym miejscu może być mówiąc delikatnie, problematyczne).

Pomimo nie najwcześniejszej godziny dotarcia do celu wszystko szło dobrze - udało nam się zaparkować względnie blisko od szlaku, robiła się coraz lepsza pogoda, pozostało nic tylko szybciutko nakarmić, odbić, ewentualnie przebrać. Dodamy, że w tej ostatniej kwestii już wdarły się wątpliwości — jak przebrać dziecko w aucie, kiedy całe jedno miejsce zajmuje fotelik samochodowy, klamoty pierwszej pomocy dla dzidziusia (czyli torba z pieluchami etc.), a sama kanapa tylna jest pod kątem dla lepszego trzymania pasażera podczas jazdy?

W czasie karmienia Małej zaczęliśmy burzę mózgów 🤯 – bagażnik (który jest w takiej sytuacji najlogiczniejszym i najwygodniejszym rozwiązaniem) odpadał, bo na zewnątrz było jeszcze za zimno, żeby wystawiać pupkę malucha na mróz, a w okolicy nie było żadnej stacji benzynowej, czy toalety, nie mówiąc już o przewijaku! :(

Na domiar złego Jagna akurat z nieznanego nam jeszcze wtedy powodu pod koniec karmienia zrobiła się niesamowicie niespokojna. Oświeciło nas w momencie, kiedy dało się słyszeć radosne, frywolne pryknięcie… potem było już tylko gorzej. Cała zawartość jelitek dokonała jednorazowego i ostatecznego zrzutu w towarzystwie kaskady dźwięków (a przecież jeszcze w domu przewijaliśmy konkretnie wypełnioną pieluchę!)💩.

I żeby to było nasze jedyne zmartwienie… niestety, tama pękła — pieluszka nie wytrzymała takiego naporu i to, co powinno być w pampersie, znalazło się nie tylko na pleckach oraz ubrankach maluszka (a zaznaczmy, że Jagna dla komfortu termicznego i „czasowego” była tylko połowicznie rozebrana z ciepłego kombinezoniku), ale też na Karolinie i częściowo na kanapie samochodu🙊🙈.

Zostawiając już niewiele dla Waszej wyobraźni... Cóż mogliśmy dalej zrobić?

Zostały nam tylko 2 opcje — albo przewinąć Małą i wracać do domu, albo zagryźć zęby, przebrać dzidziusia, przebrać siebie i ruszać na szlak. Nie było już czasu na namysły, przystąpiliśmy do działania 🦸‍♂.

Pomimo zwątpienia w powodzenie całej wyprawy, podjęliśmy próbę przebierania na tylnej kanapie. Po chwili upór i zapobiegawczość przy pakowaniu się - czyli zapasowy zestaw ubranek dla dziecka i mamy karmiącej ;) wzięły górę, dając promyczek nadziei. Nie było łatwo - niezadowolona minka, wierzgające nóżki, jeden rodzic w roli asystenta „podaj suchą pieluszkę” na przednim siedzeniu pasażera (z Lalą na kolanach), drugi półdupkiem na ćwiartce siedzenia i nieustannie zsuwający się na boczek pacjent. W końcu operacja numer 1 zakończyła się powodzeniem. Po takim sukcesie i pocie na czole, poszliśmy za ciosem - równolegle rozpoczęliśmy operację numer 2 - przebieranie mamy (której nie pokusimy się opisywać) i numer 3, czyli przyszykowanie najmłodszego spacerowicza i sprzętu (wózka).

Uff udało się, ruszyliśmy w drogę.

Po wcześniejszych przygodach w aucie świeże powietrze, przestrzeń i przebijające się przez chmury słońce oraz wizja pysznych świeżutkich jagodzianek 🤤 na szczycie wprawiła nas w dobre humory. Oczywiście okrutny los postanowił z nas zakpić ;P. Niestety, po dotarciu do schroniska okazało się, że jagodzianki wyszły i wrócą po 12:00 (na szczycie byliśmy coś koło 11:00). Jak możecie się domyślać – nie czekaliśmy :P mimo ładnej słonecznej pogody na samej górze wiało, a i dzięki pandemicznym obostrzeniom nie było możliwości schronić się gdzieś wewnątrz.

Zaczęliśmy schodzenie — tutaj znowu objawiła się druga natura Darka — pomysłowy Dobromir :) ponieważ nasz wózek jest „zwykły” i nie posiada żadnego hamulca w rączce, zabezpieczyliśmy dwuślad przypinając się do niego zapasową smyczą Lali – „polecam to jakże proste a może i nawet archaiczne rozwiązanie. Nie dość, że nie trzeba cały czas zaciskać rąk na wózku i martwić się co by było, gdybym z jakiegoś powodu go puścił, to ogólnie hamowanie jest nieodczuwalne, wszystko spoczywa na nogach/biodrach.” - Dariusz Z.

Może się wydawać, że nasza wycieczka nie należała do udanych — nie w naszym odczuciu! Była to jak do tej pory najdłuższa jednorazowa wyprawa z wykorzystaniem wózka w naszym wykonaniu - jesteśmy z tego dumni! Poza tym dotleniliśmy się, popodziwialiśmy widoki, ponapawaliśmy się ciszą, nawet spotkaliśmy znajome twarze na szlaku i co najistotniejsze — pokonaliśmy własną niepewność i wątpliwości — przecież daliśmy radę, a to co przeżyliśmy wnosi nas na wyższy LEVEL w rodzicielstwie.

Pamiętajcie — w rzeczywistości podróż jest ważniejsza od celu❗

💊 Co do wycieczki — w pigułce:

Sama trasa to raczej taki „beskidzki klasyk”.
Start: Żabnica Skałka (koło sklepu), długość trasy: pi razy drzwi - 3km w jedną stronę (godzinka z hakiem), cel: jagodzianki na Hali Boraczej :D.
Trasa (prawie) wymarzona dla wózkowych spacerowiczów. Praktycznie na samą górę równy asfalcik – w połowie trasy krótki odcinek z perforowanych płyt betonowych no i sama końcówka dojścia do schroniska – zdecydowanie polecamy nie iść drogą/szlakiem, a łąką wzdłuż.

Jedyny minus to co jakiś czas wymijające pieszych auta (droga jest dość wąska i trzeba ustępować miejsca większym), no i w godzinach szczytu duża ilość ludzi – ale wychodząc wcześnie i jeden i drugi mankament jest redukowany do minimum.
Co prawda musicie się nastawić psychicznie — jest co wypychać :D ale po pierwsze trening łydek i pośladków to też dobra sprawa, po drugie po każdym ostrzejszym odcinku następuje wypłaszczenie. Oczywiście w razie nagłego spadku cukru :) zawsze można uskutecznić postoje w newralgicznych momentach i trochę się zregenerować (nie mówiąc już o nagrodzie czekającej na górze).
Jeśli chodzi o sprzęt: (na pewno pojawi się na blogu osobny wpis na temat wózków) zwykły wózek – z podstawową amortyzacją śmiało da radę – nie musicie być posiadaczami żadnych super hiper zaawansowanych wózków sportowych.

Nic tylko ruszać na szlak! Satysfakcja z wyprawy gwarantowana!

➡ Suma summarum — każda wyprawa uczy czegoś nowego. I dobrze — bo człowiek uczy się przez całe życie, a dzięki temu jest znacznie ciekawiej!

06/04/2021

Hej wszystkim 🖖
Do tematów związanych z początkami naszej współpracy z Młodą jeszcze wrócimy, ale dziś opowiemy o czymś naprawdę mocnym – o pierwszych wyjściach z domu :D

W myśl zasady, że każda, nawet największa podróż musi zacząć się od pierwszego kroku, ciężko będzie przeżywać fajne przygody i uprawiać aktywności, jeśli w końcu nie opuścimy przytulnych czterech ścian i nie otworzymy się na przestwór świata na zewnątrz.

Niezależnie, czy od razu planujecie eskapadę na drugi koniec świata, czy na spacer "wokół komina", pierwsze przekroczenie progu z małym człowieczkiem u boku może być stresujące i trzeba się do niego odpowiednio przygotować.

Biorąc pod uwagę porę roku, w jakiej Jaga się urodziła (mimo że zima od jakiegoś czasu nas nie rozpieszcza, to jednak zima i niższa temperatura powietrza) – przed wyjściem musieliśmy ją do tego wyjścia zaadoptować.
Zanim więc wyszliśmy, Młoda przez kilka dni była werandowana i za każdym kolejnym razem trochę dłużej. Dla tych, którzy nie wiedzą co to werandowanie, to w najprostszych słowach – dziecko jest ubrane tak jak do wyjścia, ale nie wychodzi tylko jest wystawiane na czynniki zewnętrze, wewnątrz – jeszcze prościej: dziecko przy otwartym oknie / na balkonie 😊. Podczas tych spacerów w mieszkaniu, mieliśmy okazję poćwiczyć ubieranie jej na cebulkę 😉 oraz określić jeszcze przed prawdziwym wyjściem, które ciuszki nam i jej odpowiadają — szybko okazało się co jest tylko ładne, a co praktyczne 😉 (Nobla temu, kto wymyślił zamek błyskawiczny w pajacykach!). Mieliśmy także szansę w końcu odfoliować wózek i posprawdzać w praktyce co i jak w nim dokładnie działa 😊.
Jak się okazało, tak naprawdę większym problemem niż minusowe temperatury czy wilgotność powietrza i wiatr (które w sumie są gorsze niż same niskie wskazania termometru), była jakość powietrza. Bielsko może się pochwalić wieloma rzeczami i niestety smog jest jedną z nich. Dlatego skrupulatnie sprawdzaliśmy alert smogowy, żeby oszczędzić malutkim płucom przykrych doznań.

Co możemy Wam podpowiedzieć❓

Jedna z podstawowych rzeczy, o jakiej musicie pamiętać, to taka, że już nie zbierzecie się w 5 minut i nara.
Do wyjścia trzeba się trochę przygotować. Ciężko będzie się ogarnąć i wyjść z domu tak po prostu – chyba że wcześniej się do tego chociaż trochę przygotujecie.
Do czasu potrzebnego na zebranie się trzeba doliczyć chwilę na karmienie i odbijanie zaraz przed wyjściem (albo po powrocie – młodociany obywatel je dość często i nie chcecie go irytować zbyt długimi przerwami), profilaktyczne przebranie pieluchy, ubranie dziecka, ogarniecie sprzętu (wózek, nosidełko, chustę) itd. Dodatkowo trzeba się jeszcze bardziej niż zwykle skupić nad klamotami, które są niezbędne do wyjścia poza rzeczami dla dziecka (klucze, portfel, telefon itd.) – żeby też na ostatni moment ich nie szukać lub nie zapomnieć i się po nie niepotrzebnie wracać 😊. Takie manewry to ostatnie co chcielibyście robić przy niespokojnym dziecku 😊

Idąc po kolei:

👉 Primo – niech torba młodej/młodego będzie zawsze odpowiednio wyposażona (i w gotowości). Dzięki temu chwilę przed wyjściem nie będziecie w panice latać po mieszkaniu i szukać zaginionych artefaktów, które przecież niby zawsze są pod ręką, ale jak przychodzi co do czego to albo nie możesz ich znaleźć albo zamiast zgarnąć wszystko naraz to chodzisz jak ciołek wtę i nazod przynosząc po jednej pieluszce, chusteczce itp. itd.

👉 Secundo – pamiętaj o przygotowaniu oprzyrządowania transportowego i pomyśl logistycznie jak to ugryźć.
Wózek, nosidełko samochodowe, chusta itd. powinno być przygotowane, zanim ubierzesz malucha. Jeśli ogarniacie wyjście we troje (2 dorosłych i jedno bobo) to zastanówcie się kto i w którym momencie co robi, żeby się uzupełnić oraz czy cały wózek jest tak naprawdę potrzebny – może wystarczy stelaż i adapter pod nosidło samochodowe, a może samo nosidło?

👉 Tertio – TY ubierasz się pierwszy :) - bądź w pełni gotowy do wyjścia, zanim zaczniesz ubierać malucha. Dzięki temu unikniesz przegrzania dziecka, a i może też zmobilizuje Cię do zagęszczenia ruchów.

👉 Po czwarte – Wszyscy o tym mówią, wszyscy o tym wiedza, ale jak przychodzi co do czego to nikt o tym nie pamięta. Już nie raz na spacerze zastanawialiśmy się, czy to z nami jest coś nie tak (bo Młoda jest w porównaniu z innymi zaobserwowanymi dziećmi – lekko ubrana) czy te inne dzieci np. przyjechały ze słonecznej Hiszpanii i nie są przyzwyczajone do naszych Polskich temperatur.
Jeśli na zewnątrz jest 15 stopni i świeci słońce, nie ma wiatru, ptaszki ćwierkają i ogólnie jest miło i przyjemnie – to może dziecko nie potrzebuje siedmiu warstw ubrań i kocyka. Brzmi to śmiesznie, ale z tego co zauważyliśmy większość osób stresuje się tym czy dziecku będzie ciepło (też tego stresu doświadczyliśmy) i w wyniku czego większość osób dzieci przegrzewa :P.

Jak już o temperaturze mowa – kontroluj ją na karku dziecka – jeśli kark jest ciepły i suchy to dobrze – jeśli jest mokry od potu to znaczy, że przegiąłeś/łaś. Sprawdzając czy dziecku jest ciepło łapiąc je np. za rączkę możesz dojść do błędnego przekonania, że marznie. Dlaczego? Cóż to normalne, że dystalne (najdalsze) części ciała są chłodniejsze – u dorosłych przecież jest tak samo 😊 (nigdy nie miałeś sytuacji, że było ci ciepło mimo „zimnych” dłoni?). Rączki czy stópki mogą być chłodniejsze (oczywiście nie lodowato zimne 😊 )

👉 Po piąte – korzystaj z możliwości – na 99% Wasze dziecko po włożeniu do wózka/nosidełka/chusty i wykonaniu kilku metrów – zaśnie 😊 To może być Twoja wymarzona chwila spokoju :P a i świeżym powietrzem pooddychasz 😊. Gdy tylko jest fajna pogoda (nie pada złem i nie wieje halny), masz ochotę się przewietrzyć, już w domu nie wysiedzisz – marsz na spacer.

👉 Ostatnie ale chyba najważniejsze – noł stress.
Nie stresuj się, bo i po co. Przecież chcesz wyjść (a nawet jak nie chcesz to w końcu będziesz musiała/musiał).
Nawet jeśli ten pierwszy raz wyszliście tylko dlatego, że jedziecie na wizytę patronażową, na 10min po alejce przed blokiem albo „za płot” do dziadków to nadal jest Wasza pierwsza mikro-przygoda i okazja do potrenowania umiejętności organizacyjnych, odpowiedniego ubierania, test wyposażenia torby itd. Jeśli ten pierwszy raz zbieraliście się 2h to też nie tragedia 😊. Spróbujcie następnym razem wyjść w 1h 55min 😊 i sprawdzajcie co usprawnia, a co paraliżuje szybkie wyjście 😊

Nie bój nic — ogarniesz temat 😉

Photos from SportoweLove's post 30/03/2021

Ciąża – koniec czy początek ❓

Większości osób w realnym życiu ciąża kojarzy się z porannymi nudnościami, humorkami, dziwnymi zachciankami kulinarnymi, tyciem, rozciągniętym dresem i porzuceniem dotychczasowego (mniej lub bardziej aktywnego czy imprezowego) stylu życia.
Z drugiej strony zewsząd bombardują nas obrazki uśmiechniętych przyszłych mam z pięknymi brzuszkami, wtulonych w ramiona partnera z kont znanych celebrytów oraz reklam.

❓ To jak to właściwie jest ❓
Myślę, że sprawa jest złożona, głównie to zależy od danej kobiety, od jej aktualnej sytuacji finansowej, zawodowej i rodzinnej. Przecież każda z nas jest inna - ma inne ciało, psychikę, otoczenie i inaczej będzie tę ciążę przechodziła. To, co nas łączy to fakt noszenia pod swoim sercem nowego istnienia.
Dla wielu informacja o ciąży jest zaskoczeniem (nawet dla tych planujących to mniej lub bardziej), po którym pojawiają się wątpliwości: Co teraz? Co dalej? Co mogę? Czego nie mogę? Co się zmieni?

W naszym społeczeństwie panuje przekonanie, że ciąża oznacza diametralną zmianę całego życia i od tego momentu to se ne vrati, że o wyjściach ze znajomymi można już zapomnieć, a w ogóle ciąża to tylko wyniszcza organizm, podczas niej tyje się ponad miarę, trzeba zrezygnować z wszelkiej aktywności i najlepiej to już tylko leżeć, no i może szykować wyprawkę/pokoik dla maluszka.

Tymczasem wcale nie trzeba ostatecznie żegnać się z całym dotychczasowym światem - okej, imprezy na mieście może nie będą już wyglądały tak samo, ale nie trzeba rezygnować ze (wszystkich i) wszystkiego, co dotychczas znaliście.
Jest to początek czegoś nowego, ale raczej jest to hybryda niż całkiem inny etap życia, a ciąża, jeśli jest prowadzona w mądry sposób i nie ma powikłań, to nie ma destrukcyjnego wpływu na organizm (który przecież też potrafi się pięknie regenerować, a my dodatkowo żyjemy w XXI wieku i w razie czego medycyna jest już naprawdę dobrze rozwinięta).
Dodatkowo nie jest powiedziane, że kobieta w ciąży musi strasznie i nieodwracalnie przytyć (norma to 10-12kg, ale z dzieckiem, łożyskiem, płynami owodniowymi itp.) i jeść za 3ech ;P (do bilansu dziennego wystarczy doliczyć ok. 300kcal), mało tego możecie się ruszać i być aktywni!

Oczywiście zakładając, że skonsultowaliście się z lekarzem i nie ma żadnych przeciwwskazań (np. ciąża nie jest zagrożona).

Przyszła mamo – po prostu zaufaj sobie, wsłuchaj się w ten wewnętrzny głos, podążaj za tym co podpowiada Ci Twoje ciało i intuicja oraz zdrowy rozsądek. Żyj w zgodzie ze sobą. Jeśli Ty będziesz szczęśliwa, to uwierz – Twojemu dziecku wyjdzie to tylko na dobre. Zanim zaczniesz słuchać rad innych, posłuchaj najpierw siebie.

Mimo bycia tą oazą spokoju ;) pewnie będą zdarzały się cięższe dni (masz do tego prawo, gdy w organizmie szleją hormony) - dlatego tak ważne jest wybaczanie samej sobie, ale także zrozumienie, współpraca i wsparcie tej DRUGIEJ osoby.
*Pamiętaj, jeśli uczucie przygnębienia nie przechodzi i nic nie pomaga, nie wahaj się zgłosić do specjalisty!

❓ Jak to było u nas ❓
Ze swojej perspektywy powiem jedno - ciąża ma swoje (mniej lub bardziej przyjemne) uroki. :)
Nam akurat życie pięknie się poukładało. Oboje w momencie przyjęcia do wiadomości, że nasza wspaniała dwójka przeradza się we wspaniałą trójcę ;) , byliśmy świeżo po ślubie, mieliśmy zdrowie, pracę, dach nad głową, wsparcie rodziny i przede wszystkim SIEBIE nawzajem. Co nie znaczy, że informacja o tym, że odtąd nie jesteśmy już sami, nas nie zelektryzowała.

W pierwszym momencie oczywiście była radość, ale już chwilę później rozsądek (czy też podstępny mózg) zaczął podsyłać różne myśli i obawy. Pomimo wszystko wkradła się niepewność i pytania: jak zareagują pracodawcy, nasi znajomi, jak się pomieścimy na naszych salonach (37mkw), jak zniesie to moje ciało, czy to już koniec z wszelkim ruchem/sportem/aktywnością fizyczną? Czy teraz to już tylko cztery ściany, chuchanie, dmuchanie na siebie i stosy pieluch do przyszykowania?

I wiecie co❓
To jest zupełnie normalne i jak najbardziej w porządku! Przecież pojawienie się bobasa zmienia tak wiele. Od tego momentu musimy przecież (szczególnie my - kobiety) myśleć już nie tylko za dwóch, ale za trzech! ;P
Wzięłam jednak głęboki oddech i pomyślałam, że ten mały puzelek to dopełnienie naszej układanki. Z czasem okazało się, że jeśli tylko damy sobie nawzajem odpowiednie wsparcie, utworzymy silną ramę – to tu wszystko do siebie pasuje.

Właśnie dzięki temu wsparciu i wzajemnemu nakręcaniu przeżyliśmy kilka fajnych przygód (i całe szczęście, bo miałam wrażenie, że bez bycia w ruchu i doświadczania życia poza swoimi czterema ścianami nie jestem sobą, a sytuacja pandemiczna nie ułatwiała sprawy).

Realnie najbardziej „nudno” pod względem aktywności fizycznej było w pierwszym trymestrze. To właśnie wtedy trzeba na siebie najbardziej uważać i rzeczywiście odpuścić większe wyczyny oraz noszenie ciężarów.
Spokojnie – spacer, nawet ten dłuższy raczej w tej kategorii się nie mieści. Osobiście co prawda pożegnałam się z zajęciami pole dance mocno bazujących na angażowaniu brzucha, ale nadal pozwalałam sobie na przyjemności - jazdę do pracy na rowerze, basen, prowadzenie zajęć na rolkach, czy lekki fitness on-line (który dopiero w drugim trymestrze zamieniłam na zajęcia fitness dla kobiet w ciąży).

Wspomnę tylko, że jednocześnie był to najciekawszy czas pod względem typowo ciążowych objawów – poranne (tylko z nazwy) mdłości, brak pałera, niezamierzony wegetarianizm, nałogowe jedzenie pomarańczy, węch mogący konkurować z umiejętnościami tropiącymi naszej Lali, czy śmiech i płacz w tym samym momencie, bez związku z zaistniałą sytuacją. To wszystko w połączeniu z byciem w ruchu dawało często ciekawe i zabawne efekty. 😂

Wracając do tematu – mówiąc "odpuścić większe aktywności" mamy na myśli te naprawdę intensywne.
Dlatego wszystko odbiliśmy sobie od drugiego trymestru. Wtedy właśnie pojechaliśmy na tydzień w Tatry (i nie po to, żeby wjechać na Kasprowy i wyjść na Morskie Oko, tylko żeby naprawdę połazić - w ciągu 5 dni ponad 120km), później były rowery w Pieninach, a także kilkudniowy wypad z kajakami i zwiedzaniem Krakowa w gronie znajomych oraz oczywiście wycieczki w nasze kochane Beskidy.

Jeśli będziecie chcieli, z chęcią opowiemy Wam o tych wypadach więcej, bo żeby to wszystko opisać w jednym wpisie nie starczy nam klawiatury. 😅 Szczególnie ciekawe mogą wydać wam się właśnie Tatry i Pieniny.

❓ Tylko jak być bardziej aktywną i nie przesadzić ❓
Jednym ze wskaźników może być tętno.
Czytając w internecie (i nie tylko) co ambitniejsze publikacje na temat aktywnej ciąży dowiecie się, że najbezpieczniej dla kobiety ciężarnej podczas wysiłku jest nie przekraczać 140 uderzeń serca na minutę. Jak to w życiu bywa – to zależy. Dla jednego 140hr to stan przedzawałowy, dla innego ledwie rozgrzewka. W naszym przypadku poza tętnem (którego stałe monitorowanie w dzisiejszych czasach nie jest trudne i nie wymaga wysoce zaawansowanej i drogiej technologi – wystarczy fit opaska) - zdaliśmy się na obserwację organizmu.

U mnie zadyszka pojawiała się przy 150 ud/min i to właśnie tę granicę przyjęliśmy jako bezpieczną dla mnie i dla młodej.

Najlepiej, jeśli własne samopoczucie i obserwację swojego ciała połączycie z wynikami, jakie obrazuje Wam np. pulsometr i na tej podstawie określicie swoje możliwości.

Z kolei trzeci trymestr to ciągłe ćwiczenie z progresywnym obciążeniem 😉 Warto ten fakt wziąć pod uwagę, tym bardziej że Wasze stawy zapewne też to odczują. Dlatego dobrze na końcówce trochę zwolnić- skupić się bardziej na basenie, jodze, rozciąganiu i spacerowaniu.

Reasumując – ciąża to nie choroba! Nie oznacza końca aktywności i czerpania z niej frajdy – oczywiście, jeśli na co dzień jesteś typem leniuszka 😛 to czas ciąży może nie być najlepszym momentem do podejmowania pierwszych prób ekstremalnych wyzwań – nie musisz od razu wchodzić na Rysy, wystarczy przyjemny spacer po dolinie Chochołowskiej. Jednocześnie, jeśli na co dzień jesteś aktywna to po drobnych zmianach (jak np. niższa intensywność lub mniej ryzykowna forma) możesz tę aktywność kontynuować bez większych przeszkód.
Nie rezygnuj z bycia sobą‼

❓ A poród ❓
Rzeczywiście jest wielkim wysiłkiem i nie da się do niego w 100% przygotować (zawsze coś zaskoczy), ale same się zdziwicie ile jest w was siły!
Przecież nie jesteście jedyne - kobiety rodziły, rodzą i raczej rodzić będą 😉 Uwierzcie - jak one dały radę (wiele z nich nawet kilkukrotnie!) to Wy też dacie radę.

Kończymy nasz pierwszy wpis pozytywną myślą, że nawet koniec jest też początkiem czegoś nowego 🙂 i w bardzo dużej mierze od nas zależy, czy to nowe jest pozytywnie ekscytujące!

*Wpis nie jest poradą specjalistyczną - zawiera opinie i opisuje nasze subiektywne doświadczenia. Jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości, zgłoś się do specjalisty!

Photos from SportoweLove's post 23/03/2021

OMG❗ Zakładamy bloga❗
Tak – to nie żart :) (sami nie możemy w to do końca uwierzyć)
Nie – nikt nas o to nie prosił (ale i tak to zrobimy).

Skąd ten pomysł❓ - No cóż, od niedawna jesteśmy rodzicami i jako świeżo upieczona najmniejsza komórka społeczna zauważyliśmy, że w Internecie mało jest treści: o i dla "zwykłych" rodziców.
Dla wielu osób pojawienie się tego największego i zaskakującego skarbu (mowa oczywiście o dziecku :P ), czy nawet sama informacja o ciąży, oznacza całkowitą zmianę stylu życia – My tak nie chcemy :) Praktycznie od zawsze byliśmy aktywni (w sportowo-rekreacyjnym znaczeniu tego słowa) i lubimy być aktywni razem :) - właśnie dlatego spróbujemy pokazać Wam, że się da :D. Tak po prostu.

W Internecie znajdziecie sporo podobnych blogów - ale prowadzone są albo przez totalnych freak'ów, którzy z tygodniowym dzieckiem wsiadają na rower i jadą dookoła świata albo z drugiej strony przeczytacie porady, że w sumie to najlepiej pierwsze wyjście z domu zaplanować, kiedy dziecko będzie już samodzielnie chodzić, mówić, rozumieć polecenia i konsekwencje swoich poczynań (czyli tak koło 18r.ż?).

My - Karolina, Darek, Jagna i Lala (pies) chcemy być zdrowym środkiem pomiędzy wyżej wspomnianymi postawami i pokazać "zwykłą", zdrową, aktywną stronę rodzicielstwa :)

Dlaczego❓ - Nie ukrywamy, że poza niesieniem wsparcia psychicznego i informacyjnego dla innych rodziców, mamy nadzieję, że prowadzenie takiego dziennika zmobilizuje nas do regularnego podejmowania rodzinnej aktywności – bo fakt faktem czasem się nie chce i odwieczną prawdą jest też to, że dziecko zmienia rzeczywistość w jakiej się żyje.

Dla kogo❓ - Dla każdego kto jest ciekaw co porabiamy, dla przyszłych i obecnych rodziców którzy tak jak my są ciekawi co to będzie :) .....

Chcesz aby twoja firma była na górze listy Siłownia I Obiekt Sportowy w Bielsko-Biała?

Kliknij tutaj, aby odebrać Sponsorowane Ogłoszenie.

Lokalizacja

Zespół Kulinarny

Strój

Strona Internetowa

Adres

Bielsko-Biała
43-300 TO 43-382