04/08/2022
Krótka historia z tygodnia życia pewnego małego namiotu.
Bidulek do tej pory spisywał się bez zarzutu, można powiedzieć, że był ulubieńcem swojej właścicielki. Dzielnie zniósł oberwanie chmury we Włoszech, objechał z nią Rugię na rowerze, wiele przygód przeżył bez szwanku. Jednak tym razem został wystawiony na próbę, której nie do końca podołał 😔 Czy ktoś z nim skonsultował ten wyjazd...? Nie! Został niecnie cichaczem wpakowany do plecaka, plecak w ochronną torbę i wylądował w luku bagażowym. Całe szczęście trafił do luku i to we właściwym samolocie, bo to teraz różnie z tym bywa. 🤔 Cwana właścicielka do podręcznego przełożyła sobie śpiwór i materac, co by w razie czego nie spać gdzieś na gołej ziemi 😉 ale namiocik..no cóż, musiała być gotowa zagubić w trasie. Na szczęście dolecieli oboje i wrócili do siebie na lotnisku w Evenes. Stąd rozpoczęła się podróż ku spełnieniu małego marzenia....zobaczyć Lofoty!
Już pierwszej nocy wspięli się na przełęcz pod górą Floya, skąd mieli piękny widok na miejscowość Svolvær. Niestety kolejny dzień przywitał ich deszczem. Jednak niewzruszeniu ruszyli dalej, ku przygodzie! Norweska pogoda plus ciekawość sprawiły, że na kolejny przystanek została wybrana drewniana wiata na zboczu góry z widokiem na Sørvågen, wyszukana na google street view. Namiocik mógł spędzić noc w spokoju, osłonięty od wszelkich zagrożeń, a rano doschnąć w promieniach słońca. Kolejny przystanek to już osiągnięcie pierwszego z zamierzonych celów, dotarcie do końca lofotowej drogi, do miejscowości o wdzięcznej nazwie Å (drugi cel to przeżyć, a trzeci...dotrzeć na czas na lot do domu 😅). No i tu niestety oszukani przez świecące w dzień słoneczko i piękną pogodę....nasi bohaterowie dają się zwieść....rozbijają się na przełęczy pomiędzy górami. Wydaje się być cicho i spokojnie....i było tak, póki ich czujność nie została dosłownie uśpiona na 2h....Nasza dzielna właścicielka zostaje obudzona dźwiękami deszczu i podmuchami wiatru...podmuchami, które prawie przewracają namiot. Przy każdym podmuchu robi się niepokojąco jasno, więc zerka w stronę skąd przebija się światło z zewnątrz. To była szybka ewakuacja, ekspresowe ubieranie się i pakowanie, a potem...weź tu złóż uszkodzony namiot w deszczu i wichurze tak, by nie odfrunął, by nie został bardziej zniszczony, by w ferworze walki nie połamać kijków... Cud, ale się udało. Szybka analiza sytuacji i jest decyzja, wracamy do drewnianej wiaty na wzgórzu. Tym razem nie mamy tyle szczęścia co ostatnio i już z daleka widać, że w wiacie ktoś jest.... No cóż, nie ma za dużego wyboru, idziemy się przywitać, może przygarną. Na szczęście pełna zrozumienia 4-ka młodych Finów robi dodatkowe miejsce do spania i tak sobie dzielimy przestrzeń do rana. O świcie (po 9:00 :D) w końcu są siły i chęci, by ocenić straty i zdecydować....co dalej. Nie wiem jak u Was, ale tu w plecaku znalazła się srebrna taśma izolacyjna, trytytki, a także później w desperacji użyte igła z nitką. Namiocik zostaje osuszony w rozerwanym obszarze i ....zaczyna się zabawa w MacGyvera. Finowie zaglądają przez ramię i nie mogą się nadziwić... 😎 Operacja wygląda na udaną. Czas się pożegnać z towarzystwem i udać w kierunku campingu Moskenes, czas w końcu się trochę ogarnąć i odpocząć. Od teraz każdy mocniejszy podmuch wiatru powoduje lekkie drżenie serca. Czy przetrwamy?? Na ten dzień nadal w prognozie deszcz i wiatr 😕 O ile wiatr jakoś do nas nie docierał, to deszcz prowadził nieustanne testy na taśmie i, no niestety nie zdała egzaminu. Może to kwestia dodatkowej impregnacji namiotu przed wyjazdem? Teraz można tylko zgadywać, ale co pewne, to to, że z deszczem z godziny na godzinę taśma bardziej puszczała. Plan na najbliższcze dni...trzymać się z dala od obszarów gdzie może wiać, przy czym jest nadzieja, bo prognoza zapowiada, że już z dnia na dzień będzie coraz ładniej :) Nie mniej plan jest dobry i jest...do momentu wsiadania do busa. Tam za namową spotkanej parki z Polski powstaje nowy plan: jedziemy zobaczyć Kvalvika Beach! Można chyba pominąć fakt, że dojście tam od przystanku z plecakiem trochę dało w kość... Gorzej, że dopiero na miejscu wrócił rozsądek i myśl....jesteś na plaży, tu na pewno będzie wiało!!! Pierwsze długie minuty na plaży nie zostały spędzone na zachwytach, tylko na obejściu terenu i próbie stwierdzenia, czy jest sens w ogóle rozważać zostanie tam. Przez myśl przechodzi nawet spać w schronie turystycznym, który był zaznaczony na mapie, ale po oględzinach...no cóż, może w wielkiej desperacji byłby to ostateczny ratunek. Ostatecznie wyszło na "raz kozie śmierć" i "pobawmy się w Boba budowniczego" z dostępnymi pod ręką materiałami 😅 Nie wiem do tej pory jakby to miało nas w czymkolwiek uchronić, ale wygląda intrygująco na zdjęciach, a na nasze szczęście wiatr był słaby, nie testował tej jakże inżynierskiej konstrukcji 😊
Od tego momentu już jest tylko lepiej i lepiej. Noc upływa spokojnie i z rana (czytaj po południu następnego dnia), ruszamy dalej. Idziemy zajrzeć do innego schronu turystycznego z mapy, by ocenić, czy i ta noc może być spędzona na plaży, by mieć plan rezerwowy i....to była najlepsza decyzja ever. To jak wyglądał ten wieczór, noc, poranek, to miejsce...czysty obłęd. Zachód słońca spędzony tam był czymś niesamowitym. Dzień kończy się rozmowami o życiu na ganku schronu, przy palącym się palenisku, z dwiema młodymi Niemkami, które też nocowały tuż obok. Ciężko było z rana opuścić to miejsce, ale plan zakładał powoli przemieszczać się w stronę lotniska. Wracam do miejsca upatrzonego po drodze kilka dni wcześniej. Można powiedzieć, że to plaża miejska, rodziny z dziećmi, ludzie na sup'ach, z kajakami. Brak meduz wyrzuconych na plażę zachęca do tego, by tym razem popływać (wcześniej jakoś meduzy na piasku trochę wzbudzały obawy). Woda jest przenikliwie zimna i słona, ale też krystalicznie przejrzysta. Zanurzona prawie po szyję nadal widzę swoje stopy jakby wody było po kostki. Ostatnia noc, ostatni poranek. Śniadanie na plaży, ostatnia kąpiel, pakujemy się i w drogę na lotnisko. Czas wracać do domu. I jeszcze tylko na lotnisku w Gdańsku stwierdzili, że nas trochę postraszą, bo bagaż wyjechał w jakiejś dodatkowej turze, 10 min po tym jak pierwsza tura się zakończyła, taśmy stanęły i wszystko wskazywało na to, że to koniec bagaży.... 🙈