17/10/2021
Niedziela, 05:45 rano. Otworzyłam oczy i wyśliznęłam się z łóżka bezszelestnie jak wąż w jarzynach, aby nie obudzić mojego Zdrowego Rozsądku. Bo gdyby mój Zdrowy Rozsądek się obudził, to bezwzględnie stwierdziłby, że zrywanie się bladym świtem w dzień wolny od pracy tylko po to, aby pograć w squasha z innymi babami w Krakowie, 100 km od domu, to jest pomysł całkowicie poroniony (tym bardziej biorąc pod uwagę 6 zł za litr benzyny i niezbyt ekonomiczny samochód).
Zdążyłam się wymknąć wcześniej. Nie niepokojona przez własny rozum pojechałam na 2 kolejkę imprezy squashowej "Babskie granie z HEAD'em", które organizuje nieustraszona Julia Ogo - animatorka i wodzirejka krakowskiego środowiska squashowego, zdolna sprzedać lód Eskimosowi (skoro już przekonała tabun kobiet, że stawianie się co 2 tygodnie o 09:00 w niedzielę w "Rodzinnym Centrum Sportu" na małe szpilanko, to doskonały sposób na spędzenie weekendu...).
Idea "Babskiego grania" jest prosta jak drut: ekipa miłośniczek squasha, podzielona na grupy A i B, spotyka się co drugą niedzielę na kortach przez 7 kolejek, aby rozerwać się na korcie - czasem w całkiem dosłownym znaczeniu, biorąc pod uwagę, jakie wykroki robią niektóre dziewczyny ;) 2 najmocniejsze z grupy przechodzą wyższej, 2 najsłabsze spadają niżej. A po wszystkich kolejkach szampan, medale, konfetti i skierowanie do fizjoterapeuty.
Na początku października miałam mnóstwo obaw, czy się pchać na takie wydarzenie. Grając niewiele ponad 3 miesiące, nabyłam umiejętności, które pozwalałyby mi w sam raz sprzątać kort i prowadzić listę obecności, ale niekoniecznie rywalizować z bardziej doświadczonymi zawodniczkami. Na szczęście, chłopcy trenerzy zaprezentowali 100% męskiego myślenia o squashu i na tę imprezę mnie wypchnęli. "Nabędziesz doświadczenia! Poznasz ludzi! Jak przegrasz, to będziesz silniejsza! MOŻESZ POGRAĆ. I ch... z tym, że nie umiesz!" :D :D
Oczywiście, życie to nie amerykańska komedia, gdzie bohaterka w finałowej scenie wygrywa ze wszystkimi, choć nikt na nią wcześniej złamanego dolara nie stawiał. Osobiście na rywalizację w "Babskim graniu" przyjęłam strategię "This is Sparta!" albo w bardziej swojskiej wersji "Prosto do nieba czwórkami szli, żołnierze Westerplatte".
Z godnością przegrywam zatem wszystko, co jest to przegrania, albowiem te niewinne matki, żony i kochanki z Krakowa, co jedną ręką niańczą dziecię, a drugą piszą raporty w pracy, naparzają w squasha całkiem brawurowo.
- Słuchajcie - mówi dzisiaj S. - Ja ostatnio puszczałam z synem kaczki na wodzie. I tak pomyślałam: przecież to jest ten sam ruch ramieniem, co rakietą na forehandzie! Więc ćwiczyliśmy z moim synem przy kaczkach!
Każda z zawodniczek ma na koncie co najmniej kilka lat doświadczenia w grze, ale jednocześnie żadna z nich nie daje odczuć swojej wyższości słabszej rywalce (choć wynik w setach musi się zgadzać, naturalnie). Pewnie wynika to stąd, że one są tak zwyczajnie i po ludzku fajne. Jest śmiech, jest zabawa, jest i 259 przegranych małych punktów, co czyni mnie liderką chociaż w jednej kategorii ;)
Czy warto poświęcać te 200 km co 2 tygodnie, aby pograć w squasha przez 2,5 godziny...?
TAK, JAK NAJBARDZIEJ.
P.S. "Babskie granie" trwa do 2 stycznia. Jeżeli któraś z Czytelniczek ma ochotę dołączyć na niektóre lub wszystkie pozostałe kolejki, to jak najbardziej jest to możliwe. Można uderzać do Julki bezpośrednio albo zgłosić akces w grupie Babskie granie z Head'em.