29/01/2018
Maratonowe best of
Dzisiejszy wpis nie traktuje jak zwykle o treningu ale o ściganiu i to od trochę innej strony lekko z przymrużeniem oka.
Są takie sytuacje w maratonach rowerowych, które potrafią niejednego wyprowadzić z równowagi. Oto krótka lista rzeczy które zasługują na szczególne miejsce
1. Bufety z plastikowymi kubkami.
Nie jest sprawą łatwą uchwycić plastikowy kubek, pełen wody będąc rozpędzonym. Zazwyczaj kończy się to tak, że łapiemy pusty kubek albo jego zawartość trafia wszędzie tylko nie do ust lub co gorsza rozpryskuje się w rękach życzliwego wolontariusza. Rzecz jasna można zwolnić przed bufetem, można się nawet zatrzymać, żaden problem. Sęk w tym że jest grupa ludzi która ceni sobie te kilka sekund. Niebezpieczeństwo pojawia się wtedy gdy jedni zatrzymują się na bufecie a inni na pełnym gazie próbują coś z niego zgarnąć.
Bardzo dobrze problem ten rozwiązali organizatorzy Bike Atelier Maraton, w ich cyklu na bufetach podają odkręcone małe buteleczki wody. Patent świetny po pierwsze taką butelkę zdecydowanie łatwiej chwycić, ponadto zawiera ona więcej wody niż kubek.
Wiadomo koszt butelki większy niż kubka, ale powiem szczerze wolałbym te butelki na każdym maratonie, chociażby za cenę jedzenia w bufetach. Wziąć ze sobą kilka batoników czy żeli to zdecydowanie mniejszy problem niż zaopatrzenie się w wodę.
2. Kolejki na podjazdach.
Na niemalże każdej trasie trafia się ten jeden, szczególny podjazd, z nachyleniem tak wielkim że asfalt na nim musieliby lać zimą. Dojeżdżasz do niego przekonany o własnej sile, jesteś pewien że oto tu właśnie zyskasz godzinną przewagę nad resztą stawki, a tu d**a. Zatrzymujesz się w korowodzie reszty górali. Podjazd okazuje się za stromy dla większości zawodników, bądź też ktoś zaliczył glebę na stromiźnie, utracił trakcję i nie wjechał, zresztą to nie istotne. Zsiadasz więc z roweru i próbujesz podbiec do góry a tu zza plecy słyszysz stanowcze: "lewa wolna". Szlak cię trafia bo wszyscy idą, idziesz i ty, nie za bardzo wiesz na co ten jegomość liczy, tym bardziej że przed chwilą to ty sam nim byłeś. Po chwili okazuje się że on również zsiada ze swojego rumaka i ciśnie pod górę a zza plecy słychać gromkie...
3. Sektory startowe i pierwsze minuty po starcie.
Większość organizatorów postępuje według ścisłego schematu. Najlepsi zawodnicy i ścisła czołówka startują z pierwszego sektora na danym dystansie, tu akurat nie sposób się nie zgodzić ze słusznością tej decyzji. Następnie ustawiani są kolejni zawodnicy liczący się stawce ale nie będący w tzw czubie, np miejsca od 20-30 open zależnie od organizatora. Kolejny sektor to już często cała reszta zawodników. Organizatorzy mają tendencję do łączenia sektorów jak się tylko da, przez co dochodzi do sytuacji że np. z pierwszego startuje 10-20 osób, z drugiego 20-50 a z trzeciego 300. Łatwo się domyślić co to znaczy startować z ostatniego sektora i jaka to "przyjemność" jechać w takim tłumie.
Dlaczego nie lubimy pierwszych minut po starcie? Zawsze boimy się żeby nie przypalić na starcie, a z drugiej strony przecież każdy chce wywalczyć jak najlepszą pozycję zanim teren zrobi się cięższy i pojawią się korki. Co więcej pierwsze minuty są chyba najbardziej niebezpieczne, ponieważ jest dość tłoczno, mieszają się ludzie o różnych umiejętnościach i kondycji, łatwo o wypadek.
4. Myjki ciśnieniowe dla zawodników.
Nie wie nic ten, kto nie stał w kolejce, cały pokryty błotem zziębnięty i godny, tylko po to aby opłukać jako tako rower po zawodach. Naprawdę kolejki do tych urządzeń są niekiedy dramatyczne. Jeśli na min 300 zawodników mamy do dyspozycji 3 myjki to sprawa jest naprawdę ciężka i niestety trzeba się trochę naczekać, pół biedy gdy pogoda jest nie najgorsza a sprzęt nie przypomina kupy błota.
5. Pakiety Startowe, pasta party.
Ludzie lubią dostawać prezenty, nawet jeśli sami za nie płacą,nic w tym odkrywczego, jednak część organizatorów zapomina o tym prostym fakcie. Nie zrozumcie mnie źle, maraton rowerowy to przedsięwzięcie które musi przynieść zysk, inaczej nikt by ich nie organizował. Jednak przyjemnie jest otrzymać cokolwiek sensownego w ramach wpisowego. Niektórzy dają jakieś żele lub mini odżywki, napoje albo batoniki, zawsze to dodatkowy prowiant na ten lub inny maraton, są też tacy którzy dają bidony tego też nigdy za wiele. Zdarzają się też tacy którzy olewają temat zupełnie. A szkoda bo gdy płacisz np 60zł za start i nie otrzymujesz nic w tak zwanym pakiecie startowym to czujesz się lekko mówiąc wycyckany. To samo tyczy się żarcia po wyścigu, niekiedy mamy makaron wymieszany z czymkolwiek, smakujący jak cokolwiek, wystarczy sobie wyobrazić dowolny smak a na pewno w nim go odkryjemy. Z drugiej strony czasami mamy wybór z pośród dwóch lub nawet trzech posiłków nie są to żadne frykasy, ale już sam fakt wyboru znacznie podnosi ich atrakcyjność.
Mniejszych lub większych bolączek w ściganckim światku jest z pewnością jeszcze wiele, organizacja, zabezpieczenie, nagrody. Miejmy nadzieję że stopniowo sytuacja będzie się poprawiać a wraz ze wzrostem popularności kolarstwa, imprez w których można startować przybędzie. Pomimo wszystko szanujmy organizatorów oraz ich ciężką pracę ponieważ nie jest rzeczą łatwą zorganizować tak niemałe przedsięwzięcie.
Jeśli mimo tych bolączek chcesz uzyskać pomoc w treningu pisz śmiało: kontakt@mójczas.pl