Jacht, Fred, morza i oceany

Jacht, Fred, morza i oceany

Udostępnij

Dane kontaktowe, mapa i wskazówki, formularz kontaktowy, godziny otwarcia, usługi, oceny, zdjęcia, filmy i ogłoszenia od Jacht, Fred, morza i oceany, Sport, Łódź.

Photos from Jacht, Fred, morza i oceany's post 29/02/2024

Wspomnienie z 2013 roku. Kanary.

Photos from Jacht, Fred, morza i oceany's post 22/04/2021

24. Korfu, sztorm i do domu!
Czas powrotu z jakiejkolwiek podróży nie jest powodem do zadowolenia. Chyba, że podróż była wymuszona lub taka co dała nieźle w kość. Ta dała poznać cudowne miejsca i dostarczyć wielu nowych doświadczeń. Wyciągnięcie kotwicy następowało powoli i z namaszczeniem. Żagle zostały rozwinięte z wyjątkowym szacunkiem. Samoster wiatrowy i autopilot rumplowy mają dziś wolne. Chcą sami skonsumować przyjemność sterowania, poczuć reakcję jachtu na każdy ruch rumplem. Wiatr o sile 3 stopni pozwala na bajdewind dokładnie w kierunku Kavos. Tam będzie czekał Stan na pomoście wychodzącym w morze. Jacht musi pozostać daleko od brzegu, bo tubylcy ustawili wzdłuż plaż wiele dużych boi dla uprawiania swoich sportów wodnych. Al wsiada do dinghy a Jaro będzie krążył w okolicy. Pomost okazał się bardzo wysoki i Stan musiał wykazać się sprawnością nastolatka aby wejść do łódki a wiadomo, że nim już dawno nie jest. Dalszy ciąg żeglowania upłynął przy piwie, wspomnieniach i podziwianiu okolic. Na kotwicowisku w Korfu nadal kołysze się wiele jachtów. Tine rzuciła tym razem kotwicę bliżej brzegu aby skrócić drogę do portu. Stan po stwierdzeniu zbyt niskiego dla niego poziomu luksusów mieszkalnych jachtu stwierdził, że wystarczy mu już żeglowania i wieczorem za pomocą autobusu powróci do swojego hotelu. Pozostawił flaszkę mocnego trunku w jachtowym barku aby koledzy w razie potrzeby mogli zdezynfekować przewód pokarmowy wraz z żołądkiem. Nie zwlekając ruszyli do miasta pokazać Stanowi najważniejsze i najciekawsze miejsca. Chwilowy załogant poczuł nagłą potrzebę napiwienia organizmu i podziękowania za wspólną wycieczkę więc rzucił się do sfinansowania posiedzenia. Odszukali odległy dworzec autobusowy i dopilnowali aby Stan wsiadł w odpowiedni środek lokomocji.
Następny dzień upłynął na leniwym wypoczynku, skromnym zwiedzaniu i wykonaniu odprawy lotu do Modlina. Podczas konsumpcji obiadokolacji w wyszukanym i sprawdzonym wcześnej barze, gdzie podają smaczne i najtańsze w mieście potrawy zdarzyło się coś nieprawdopodobnego. Takie rzeczy zaliczają się do zjawisk paranormalnych, tym bardziej, że nie oczekiwanych i zaskakujących. Bar posiada cztery zewnętrzne, malutkie czteroosobowe stoliki. Każdy ze stolików dotyka jedną stroną ściany a do siedzenia służą ławy. Uliczka jest bardzo wąska a tysiące przechodniów drepcze prawie ocierając się o konsumujących. Bar jest chyba bardzo znany, bo czasem jest kolejka do zajęcia miejsca przy stoliku. Dodatkową przyczyną tak dużej frekwencji oprócz bardzo przystępnych cen jest sympatyczna i błyskawiczna obsługa dwóch bardzo miłych panienek. Zawsze uśmiechnięte, cierpliwe i zgrabnie poruszające się w mizernej ilości miejsca na brzegu rwącej i nieprzewidywalnej rzeki turystów. Nagle z tego tłumu ktoś krzyczy: hallo Al ! How are You? . Przełykane właśnie przez Ala piwo na chwilę zatrzymało się w gardle. To przecież Ingrid ! Skąd się tu wzięła? Jest ze swoim chłopakiem, na którego tak długo czekała. Opowiada, że opłynęli wysepki, które Al rekomendował. Byli na Othoni, gdzie przyjmujący ich na kei gość opowiadał o facecie z Polski, który spędził tam miesiąc i miał różne kłopoty. Jakież było jego zdziwienie gdy powiedziała, że zna tego faceta! To nie mógł być ktoś inny, tylko Yanis bawiący swoich gości opowieścią wydarzenia sezonu na Othoni.
Po południu wiatr zaczął się wygłupiać. Duże jachty motorowe przycumowane do zewnętrznej części portowego pirsu albo odpłynęły w nieznane albo przeniosły się kilkaset metrów dalej w morze gdzie rzuciły kotwicę na głębokiej wodzie. Na kotwicowisku również zrobiło się luźniej. Niedaleko Tine stoi od dłuższego czasu, bez załogi jacht z niemiecką banderą, z dziwnym masztem wykonanym z kratownicy złożonej z kątowników i płaskowników. Zapewne są z jakiegoś stopu aluminium a maszt wygląda jak wyjątkowo chudy kratowy słup energetyczny. Jacht kotwiczy jeszcze bliżej brzegu niż Tine. Między nim a wysokim murem, za którym jest szeroki chodnik i ulica, znajduje się kilka skał wystających nieznacznie spod wody. Wiatr się wzmaga i wieje w kierunku brzegu. Ciężkie chmury zajęły całe niebo. Zaczął padać rzęsiście deszcz i zrobiło się nagle ciemno. Fale rozpoczęły swoją pracę najpierw wolno i delikatnie ale również podstępnie. Przy takiej pogodzie nigdy nie zdarzyło się aby przestały rosnąć. To jest zawsze wielka niewiadoma. W odległości 100 metrów od Tine w kierunku morza kołysze się kilkunastometrowy jacht z brytyjską banderą. Na nim w pośpiechu zdejmuje nie wysuszone pranie jakaś kobieta. Wygląda na to, że jest sama na pokładzie. Z daleka pomachali sobie jakby dodając odwagi w obliczu zbliżającej się niechybnie nawałnicy. Kobieta mocuje jeszcze różne rzeczy na jachcie, które mogłyby znaleźć wolność i opuścić swoją jednostkę. To samo dzieje się na jachcie Tine. Załoga oprócz czujności nic więcej nie może zrobić. Zanosi się na trudną noc. Wiatr zaczyna gwizdać na wantach a dziób zdobywać rekordowe skoki. Z coraz większych fal zdmuchiwana jest na pokład słona woda, którą natychmiast spłukuje poziomo padający deszcz. Al i Jaro leżą w skupieniu na swoich kojach. Wsłuchują się w groźne dźwięki szalejącej przyrody. Czas biegnie i wydawałoby się, że gorzej już nie może być. Ale niestety może. Od czasu do czasu między poznanymi już odgłosami słychać coś, czego nie można zlokalizować. Albo na jachcie coś w coś uderza powodując strasznie gromki hałas albo dinghy jakimś nieznanym i niemożliwym sposobem uderza w kadłub jachtu. Dźwięk powtarza się prawie systematycznie. Błyskawice i pioruny dołożyły swoją część do grozy spektaklu. Niebo jaśnieje coraz częściej a wyładowania wydają się kończyć swój żywot tuż obok. Mijają godziny. Napięcie nie pozwala usnąć nawet na chwilę. Al wyszedł na zewnątrz sprawdzić sytuację. Niemiecki jacht zdaje się być zepchnięty w kierunku skał. Jego kotwica nie trzyma. Odległości do betonowego muru nie da się sprawdzić przez ścianę deszczu. Brytyjski jacht jakby się trochę oddalił. Wewnątrz jachtu jest ciepło i sucho. Niezidentyfikowany dźwięk powtarza się nadal. Zmęczeni wielogodzinnym czuwaniem lekko przysnęli. Nagle Jaro zrywa się z koi i wpada do kabiny dziobowej. Latarką świeci do komory kotwicznej. Z 60-metrowego łańcucha zostało 1,5 metra ! To ten dźwięk ! Wysuwający się łańcuch ! Na skutek olbrzymiej siły wiatru, łańcuch ślizga się po kole, które służy do opuszczania i wciągania kotwicy. Za chwilę słychać uderzenie kila w dno! Silnik! Natychmiast silnik! Znów nie chce zapalić! Następne uderzenie w dno! Są bardzo blisko brzegu! Na pewno na 2 metrach głębokości albo niewiele więcej. Jacht ma 1,70 m zanurzenia więc to ostatnia chwila na ratunek! Jaro znów dopycha rozrusznik do silnika. Zaskoczył! Ruszają powoli do przodu. Jaro na dziobie zwija łańcuch na wyciągarce. Jacht okropnie szarpie a łańcuch nie chce wchodzić do komory kotwicznej. Zablokował się w rurze. Wiatr i fale nie pomagają w działaniu. Al silnikiem powoli podpływa pod miejsce gdzie leży kotwica. Wyciągarka nie jest w stanie podnieść kotwicy. Jaro robi to ręcznie z olbrzymim wysiłkiem. Zaczyna świtać. Odpływają na bezpieczną odległość. Niemiecki jacht leży burtą na skałach. Brytyjski z jednoosobową, damską załogą trzyma się dzielnie.
Prognoza pogody nie zapowiada poprawy. Nawet może być jeszcze gorzej. Jutro żeglarze odlatują do kraju. Al planował pozostawienie jachtu na kotwicowisku. Niedługo ma dotrzeć tu Rafi aby popływać na Tine po greckich wyspach. Ale na razie termin przybycia nie jest znany. Widok tłukącego się na skale niemieckiego jachtu radykalnie zmienił plany Ala. Port NAOK jest jedynym ratunkiem. Wcześniejsze pytania o postój w tym porcie nie zostawiały nadziei. To miejsca postoju tylko dla klubowiczów. Postanowili jednak spróbować. Może w obliczu niebezpieczeństwa coś się zmieniło? Zdesperowani wpływają do portu. Widząc to szef portu z daleka wskazuje konkretne miejsce. Al wielokrotnie wpływał tu na swojej dinghy przy różnej pogodzie. Dobrze poznał całe dno. W niektórych miejscach jest bardzo płytko. Podwodna część portu zasłana jest różnymi, zerwanymi i porzuconymi linami, łańcuchami i kawałkami betonu. Aby rzucić kotwicę jak najdalej od pirsu trzeba podpłynąć blisko płycizny. Tuż za nią jest odgrodzone liną z małymi bojkami boisko do piłki wodnej. Kotwicę rzucili dokładnie w linii postoju ale nie da się odpłynąć na wstecznym biegu. Stanęli na płyciźnie. Ani w przód ani w tył. Nie pomagają najwyższe obroty silnika. Szamotanina trwa dobrą chwilę. Wreszcie udaje się ale wiatr zepchnął jacht z toru. Trzeba wybrać kotwicę. Al postanowił wpłynąć we wskazane miejsce dziobem. To udaje się bez problemu. Przedłużyli cumy i będą wykonywać overholung. Polega to na obróceniu łódki za pomocą lin. Chwilę przed nimi wpłynął jacht bez bandery. Stanął niedaleko Tine i kończy cumowanie. W porcie jest dużo żeglarzy, którzy pracują przy swoich jednostkach po trudnej nocy. Kapitan jachtu bez bandery podszedł do wiążących liny Ala i Jaro i zapytał czy może pomóc w operacji. Krótka rozmowa wyjaśniła brak bandery. On i żona przypłynęli z Izraela. Starają się trochę ukrywać swoje pochodzenie z uwagi na różną reakcję w niektórych portach. Nie chcą być powodem żadnych spięć. Rzeczywiście, na wiele lat pływania Al nigdy nie spotkał bandery z gwiazdą Dawida. Pomoc bardzo się przydała i jacht stanął rufą do pirsu. Założyli najgrubsze cumy i szpringi. Kotwica została wywieziona najdalej jak można było za pomocą dinghy. Teraz można odpiąć silnik, wciągnąć ją na pokład i porządnie umocować.
Szef portu określił stawkę i pozwolił na postój do czasu, aż ktoś tu przybędzie. Postawił jeden warunek, jacht nie może tu zimować. Zamoczone nocą rzeczy wyłożyli na zewnątrz lub powiesili na relingu, bo na szczęście wyszło piękne słońce. Teraz mogą pójść do miasta, odpocząć, posilić się i napić piwa. Niemiecki jacht został zdjęty ze skał i przyholowany do portu. Trzyma się na wodzie. Dookoła kręci się ekipa nurków. To oni musieli uratować i zabezpieczyć pechową jednostkę. Wygląda na to, że przybył nawet właściciel, który rozmawia z ekipą ratowniczą i szefem portu.
Po południu żeglarze biorą się za wstępne pakowanie i porządki. Jutro wczesnym popołudniem odlecą do domu. Motorowe jachty przybyłe na kilka godzin dla nabrania wody i paliwa szykują się do odpłynięcia. Cysterny, które dojeżdżają na pirs nie mają łatwo. Dojazd to istna ekwilibrystyka. Zjazd z drogi na teren klubu i portu jest niezwykle stromy a miejsca do skrętu wystarcza ledwo na auto osobowe. Na wąskim pirsie nie ma możliwości zawrócenia. Kierowcom należy się wielkie uznanie. Na kotwicowisku pozostaje coraz mniej jachtów. Prognoza pogody nie jest dobra ale Tine przecież stoi w bezpiecznym miejscu, między innymi jachtami. Gdy słońce chowa się powoli za horyzont wiatr rozpoczyna znów swoje wariacje. Podmuchy są coraz bardziej częste i coraz silniejsze. Fale uderzają w zewnętrzną część pirsu i wskakują na beton. Zaczął padać deszcz. W ciągu kilkunastu minut rozpętało się piekło. Fale dotarły jakimś dziwnym trafem do wnętrza portu. Wiatr nie ma już żadnego kierunku. Przed chwilą odpychał Tine od pirsu, teraz pcha ją na wysoką ścianę. Cumy trą się o betonową krawędź. Al znalazł kawałki drewna i postanowił podłożyć je pod liny. Przy szarpiącym się na falach jachcie wyskoczył z rufy na górę. Nagle skurczył się i pozostał przez chwilę nieruchomo. Jaro pyta co zaszło, a Al nie może wykrztusić żadnego słowa. Dopiero po chwili krzyczy w wyjącym już wietrze, że potknął się i aby nie spaść z kilku metrów do wody upadł na swój własny łokieć. Łokieć wbił się w żebra tak mocno, że ból nie pozwolił na nabranie oddechu. Z trudem dokończył podłożenie drewnianych klocków i wrócił na pokład. Wiadra wody leją się z nieba. Al podciąga kotwicę i blokuje na knadze. Próbuje poprawić odbijacze ale na próżno. Zarówno Tine jak i oba sąsiednie jachty wykonują swoje własne nieskoordynowane ruchy przesuwając odbijacze w dowolnym kierunku i w nieobliczalny sposób. Cały mokry i zbolały wraca na chwilę do mesy. Tylko na moment. Głośne uderzenia wyciągają Ala ponownie na pokład. Jachty obijają się o siebie ale o zgrozo stalowe elementy mocujące samoster wiatrowy uderzają o beton. Huragan szaleje, gromy sypią się z nieba raz za razem a błyskawice dodają spektaklowi grozy. Al próbuje oddalić łódź od pirsu za pomocą drewnianego trapu. Na próżno. Ból w żebrach nie pomaga.Takiej siły nie da się pokonać. Prawa cuma o grubości 20 mm pęka jak nitka. Na szczęście szpring trzyma. W środku deszcz wciska się przez silnie zakręcone okienka. Woda kapie na koje i na stół. Po kilku godzinach szaleństwa wiatr powoli cichnie a fale maleją. Wykończeni do granic możliwości próbują usnąć ubrani w sztormiaki, bo nie wiadomo czy to na pewno koniec. Do świtu została godzina.
Budzą się z powodu głośnego hałasu. Jakby kowal kuł żelazo. Wyjście na zewnątrz powoduje niemały szok. Kilka jachtów razem z izraelskim odpłynęło. Jeden z pozostałych ustawił się wzdłuż pirsu i liże rany. Kosz dziobowy jest całkowicie pogięty a kapitan usiłuje go jakoś wyprostować młotkiem. Szczególnie uszkodzoną prowadnicę łańcucha kotwicy. Wiatr musiał tak mocno szarpać dziobem, że stal nierdzewna sporej grubości musiała się poddać. Cały port zasypany jest różnego rodzaju śmieciami, które pływają również między jachtami. Obraz jest porażający. Kawałki plastiku, deski, dziecięce zabawki, parasole i cała masa rzeczy, które nie zostały schowane albo umocowane na czas.
Powoli wychodzi słońce. Załoga w pośpiechu wynosi wszystko, co mokre do suszenia. Zamokły nawet torby, w które mają się zapakować. Czas biegnie nieubłaganie a słoneczna suszarka działa bardzo powolnie. Ostatnie śniadanie przebiega w ciszy. Pozostało uporządkować wnętrze i dokonać ogólnego przeglądu pokładu. Wyjście na pirs po wąskim trapie zakończyło dwumiesięczne zamieszkanie Ala na Tine. Nabyte doświadczenie na pewno się przyda. Obolałe żebra będą jeszcze długo przypominały o przeżytych przygodach.
Ciąg dalszy nie nastąpi.
KONIEC

Photos from Jacht, Fred, morza i oceany's post 14/04/2021

23. Antipaksos i Parga.
Antipaksos to maleńka wysepka położona ok.3 km na południe od Paksos. Jej powierzenia wynosi 4,1 km kw. a liczba mieszkańców to całe 20 antipaksosańczyków. Kilkadziesiąt zabudowań mówi, że 20 to wyspiarze stale zamieszkali lub deklarujący takie zamieszkanie a reszta obywateli przebywa w swoich włościach czasowo. Jeden maleńki kościółek, chyba dwie wille oferujące noclegi i dwa przybytki dla nakarmienia głodnych gości wyczerpują całą infrastrukturę wyspy. Jeszcze jest latarnia morska i jeden porcik jako morskie wyposażenie Antipaksos. Są tu niewielkie plantacje winogron, z których wyrabia się lokalne wino pewnie podawane w tutejszych dwóch lokalach. Największymi atrakcjami jednak są cudownej czystości zatoki o szmaragdowej wodzie, plaże i nadbrzeżne formy skalne.
Tine najpierw opłynęła całe wschodnie wybrzeże wyspy zaglądając do każdej zatoki. Kotwica została rzucona w pobliżu najsłynniejszej plaży umieszczonej we wszystkich przewodnikach. Do tego miejsca małe stateczki i motorówki przywożą turystów z Paksos, Pargi a może i z innych miejsc. Zostają tu na kilkugodzinne nurkowanie, pływanie i plażowanie. Niestety, dziś nieczynne są obydwa bary. Wsiadają do dinghy i płyną do mini porciku. Jest bardzo płytki i dlatego tylko jednostki z niewielkim zanurzeniem mogą dobić do betonowego nabrzeża w kształcie litery „L”. Z porciku prowadzą dwie drogi. Jedną można dotrzeć do kościółka, barów i plaży a drugą okrężną drogą do tych samych punktów i do południowego końca wyspy gdzie stoi latarnia morska. Obie prowadzą mocno pod górę. Mijają kilka zabudowań w zwiększającym się upale. Szutrowa droga ocieniona jest niezbyt częstymi drzewami. Po dotarciu do skrzyżowania z dwiema drewnianymi tabliczkami umocowanymi na drzewie uznali, że wystarczy już tego poznawania wyspy i czas wrócić na morze. Może uda się im dotrzeć na ląd w miejscu znanej plaży. Gdy opuścili małą, zaciszną zatokę, w której kryje się porcik okazało się, że morze w tym czasie nie próżnowało i ze spokojnej i przyjaznej wody rozpoczęło produkcję fal. Im bliżej plaży, tym fale robią się coraz większe. Dinghy skacze coraz bardziej po falach i lądowanie byłoby bardzo trudne a powrót przez przybój prawie niemożliwy. Wracają na jacht. Z daleka widać jak nurza się w amplitudzie fal. Dziób podskakuje na nieprawdopodobną wysokość aby za chwilę być zupełnie niewidocznym z poziomu dinghy. Wszystkie inne kotwiczące tu jednostki zniknęły. Został tylko jeden jacht, Tine. Podpłynęli pod drabinkę, która co kilka sekund zmienia swoje pionowe położenie o ponad metr. Dinghy robi to samo ale w innym, przeciwnym rytmie. Trzeba wykonać precyzyjny i błyskawiczny krok aby znaleźć się na drabince oraz natychmiast wejść wyżej aby skacząca, ciężka dinghy nie urwała stopy uwięzionej miedzy szczeblami drabinki.
Udało się bez uszczerbku dla zdrowia. Wiatr spycha jacht na pobliskie skały. Za krótko wypuszczony łańcuch kotwicy nie trzyma dobrze na piaszczystym podłożu. Trzeba szybko uruchomić silnik. Nie zaskakuje za pierwszym razem. Następne próby nie dają rezultatu. O co chodzi? Może rozłączyły się przewody prowadzące do rozrusznika? Otwierają obudowę silnika. Rozrusznik lekko porusza się na śrubach mocujących go do kadłuba silnika. Jaro dopycha go mocno ręką. Zapalił. Teraz błyskawicznie wyciągają kotwicę powoli płynąc w jej kierunku. Uff!!! Do skały pozostało z 10 metrów! Cała naprzód! Kierunek - Parga.
Parga to piękne, około dwutysięczne miasto położone na lądzie między Igumenitsą a Prewezą. Po kilku godzinach rzucili kotwicę w dużej zatoce gdzie stoi już kilka jachtów. Tu wiatr tak nie szaleje i mogą trochę odpocząć od wrażeń. Kotwicowisko jest bardzo obszerne. W północnej części jest mały port zapełniony po brzegi pływadłami różnej maści. Od strony lądu jest olbrzymia plaża na której wypoczywa wielu plażowiczów. Kilka ośrodków wypoczynkowych ustawiło swoje własne leżaki w geometrycznym porządku. Plażę od południa zamyka spory cypel skalny, na którym można podziwiać ruiny zabytkowego, weneckiego zamku. Za cyplem otwiera się zapierający dech widok miasta i grupki malutkich wysepek.
Podpłynęli do betonowej płyty na której jest kilka metalowych uch do przymocowania łódki. Stąd, po drewnianej kładce wchodzi się na mur oddzielający miejską promenadę od wielkich głazów ułożonych aby chronić miasteczko od morskich fal. Z murku na poziom promenady można zejść schodkami. Wzdłuż brzegu ciągną się nieskończenie restauracje i bary. Od czasu do czasu, między nimi można znaleźć sklepy z pamiątkami. W środku deptaka wystaje w morze pirs, do którego cumują statki wycieczkowe. Za nim jest skromna żwirowa plaża z prysznicami. Z plaży można przejść na niewielką wysepkę nie zanurzając głowy. To jest około kilkadziesiąt metrów. Na malowniczej wysepce Panagia jest kapliczka i runy umocnień z czasów Napoleona.
Położenie miasta i piękna architektura powoduje chęć pozostania tu na dłużej niż każdy z przybyszy wcześniej planował. Rekonesans przeprowadzony przez załogę Tine dał wynik bardziej niż pozytywny. Będą mogli wybierać między mnóstwem wyspecjalizowanych jadłodajni, w tym najwyżej cenionych lodziarni. Za pierwszym frontem reprezentacyjnych budynków znajduje się uliczka, w której również uśmiechnięta obsługa serdecznie zaprasza do swoich miejsc karmienia turystów w wyrafinowany sposób.
Wieczorem odezwał się Stan. Stan jest żeglarzem, z którym wiele lat temu Al pływał po Chorwackich wodach i przedeptał wiele miejsc w tym kraju na stałym lądzie i wielu wyspach. Umawiali się wcześniej na jakąś część wspólnego pływania i nadszedł czas na realizację tego zadania. Przyleci za chwilę na Korfu i będzie czekał w miasteczku pod tytułem Kavos położonym na południowym krańcu wyspy.
Następny dzień jest tak samo słoneczny jak poprzedni. Może nie jest to bardzo dziwne ale lepiej będzie ten fakt sobie uzmysłowić i zapamiętać. Ruszyli do zwiedzania najbliższych okolic. Najpierw za pomocą dinghy opłynęli spore kotwicowisko i mały port gdzie trwa nauka pływania na deskach z wiosłem. Póżniej zdobyli pociągającą wysepkę Panagia. Jest tak mała, że wystarczy kilkanaście minut aby być w jej wszystkich miejscach. Za nią wystają z wody jeszcze dwie miniaturki wysepek. One są całkowicie nie do zdobycia, bo ich ściany pną się pionowo w górę. Przyszedł czas na wejście na cypel gdzie czekają na sfotografowanie ruiny zamku z czasów panowania weneckich władców. Schody prowadzące na górę są bardzo wyczerpujące i szczelnie zabudowane po ich obu stronach sklepami i budynkami mieszkalnymi. Ci, którzy tu codziennie muszą wchodzić mogą śmiało nazywać się góralami. Po osiągnięciu dziedzińca zabytkowej budowli każdego śmiałka czeka nagroda w postaci niewielkiej restauracji. Można uzupełnić płyny, lekko przekąsić a nawet zjeść lody. Na samym szczycie pozostały mury, wiele nie zawalonych jeszcze pomieszczeń, stare armaty i dumnie zatknięta flaga Grecji. Stąd są niezwykle piękne widoki na Pargę i morze. Widać też odległą, mikro-wysepkę, której całą powierzchnię zajmuje niewielka kapliczka.
Po wyczerpującym zwiedzaniu atrakcji turystycznych nadszedł czas na wieczorne atrakcje kulinarno-artystyczne. Tłum turystów już okupuje większość miejsc przy stolikach. Stali bywalcy znają już swoje ulubione miejsca. Al i Jaro dopiero odkrywają miejsca godne uwagi. Jedna z naleśnikarni i lodziarnia ma już swoje miejsce na mapie punktów gastronomicznych. Teraz przyszła kolej na wyszukanie dobrego miejsca, które zaspokoi głód i gust muzyczny. Kilka lokali proponuje bowiem muzykę na żywo do konsumpcji. To jest właśnie coś, co z entuzjazmem akceptują polscy żeglarze.
Podczas wyśmienitej kolacji postanowili zwiedzić kawałek greckiego lądu skoro już na nim są.
Rankiem w jednej z wypożyczalni wynajęli Fiata z automatyczną skrzynią biegów. Plan wycieczki polegał na tym, że go nie było. W oddali widoczne są sporej wielkości góry. Na pewno stamtąd będzie dobry widok na morze i wyspy. Dotarli do niewielkiej, uśpionej wioski w której rzeczywiście największą atrakcją były niesamowite widoki. Dalsza włóczęga serpentynami po górach o wysokości powyżej 1300 m dostarczyła wiele emocji. Wioski bardzo oddalone od turystycznego blichtru dają prawdziwy obraz życia greków, którym nie dane było skorzystać z dobrobytu miejscowości nadmorskich.
Przekraczając jedną z rzek skręcili w boczną drogę prowadzącą wzdłuż wodnej wstęgi. Niebawem dotarli do ciekawego punktu, w którym można wypocząć w pokojach, zjeść i spłynąć pontonami. Rzeka Acheron ma 52 km długości i wpada do morza niedaleko Pargi. Górska woda jest krystalicznej czystości i o mroźnej temperaturze. Idąc pod prąd rzeka zwęża się i mieści między wysokimi ścianami wąwozu. Dalej są wodospady, do których już nie dotarli ale w ramach rekompensaty zamówili kawę i niezwykle słodką baklawę z czego ucieszyły się również okoliczne osy. Powrót nastąpił już po zachodzie słońca. Odpoczynek na lekko kołyszącym się jachcie zawsze jest jak plaster miodu na serce.
23. Antipaksos i Parga.
Antipaksos to maleńka wysepka położona ok.3 km na południe od Paksos. Jej powierzenia wynosi 4,1 km kw. a liczba mieszkańców to całe 20 antipaksosańczyków. Kilkadziesiąt zabudowań mówi, że 20 to wyspiarze stale zamieszkali lub deklarujący takie zamieszkanie a reszta obywateli przebywa w swoich włościach czasowo. Jeden maleńki kościółek, chyba dwie wille oferujące noclegi i dwa przybytki dla nakarmienia głodnych gości wyczerpują całą infrastrukturę wyspy. Jeszcze jest latarnia morska i jeden porcik jako morskie wyposażenie Antipaksos. Są tu niewielkie plantacje winogron, z których wyrabia się lokalne wino pewnie podawane w tutejszych dwóch lokalach. Największymi atrakcjami jednak są cudownej czystości zatoki o szmaragdowej wodzie, plaże i nadbrzeżne formy skalne.
Tine najpierw opłynęła całe wschodnie wybrzeże wyspy zaglądając do każdej zatoki. Kotwica została rzucona w pobliżu najsłynniejszej plaży umieszczonej we wszystkich przewodnikach. Do tego miejsca małe stateczki i motorówki przywożą turystów z Paksos, Pargi a może i z innych miejsc. Zostają tu na kilkugodzinne nurkowanie, pływanie i plażowanie. Niestety, dziś nieczynne są obydwa bary. Wsiadają do dinghy i płyną do mini porciku. Jest bardzo płytki i dlatego tylko jednostki z niewielkim zanurzeniem mogą dobić do betonowego nabrzeża w kształcie litery „L”. Z porciku prowadzą dwie drogi. Jedną można dotrzeć do kościółka, barów i plaży a drugą okrężną drogą do tych samych punktów i do południowego końca wyspy gdzie stoi latarnia morska. Obie prowadzą mocno pod górę. Mijają kilka zabudowań w zwiększającym się upale. Szutrowa droga ocieniona jest niezbyt częstymi drzewami. Po dotarciu do skrzyżowania z dwiema drewnianymi tabliczkami umocowanymi na drzewie uznali, że wystarczy już tego poznawania wyspy i czas wrócić na morze. Może uda się im dotrzeć na ląd w miejscu znanej plaży. Gdy opuścili małą, zaciszną zatokę, w której kryje się porcik okazało się, że morze w tym czasie nie próżnowało i ze spokojnej i przyjaznej wody rozpoczęło produkcję fal. Im bliżej plaży, tym fale robią się coraz większe. Dinghy skacze coraz bardziej po falach i lądowanie byłoby bardzo trudne a powrót przez przybój prawie niemożliwy. Wracają na jacht. Z daleka widać jak nurza się w amplitudzie fal. Dziób podskakuje na nieprawdopodobną wysokość aby za chwilę być zupełnie niewidocznym z poziomu dinghy. Wszystkie inne kotwiczące tu jednostki zniknęły. Został tylko jeden jacht, Tine. Podpłynęli pod drabinkę, która co kilka sekund zmienia swoje pionowe położenie o ponad metr. Dinghy robi to samo ale w innym, przeciwnym rytmie. Trzeba wykonać precyzyjny i błyskawiczny krok aby znaleźć się na drabince oraz natychmiast wejść wyżej aby skacząca, ciężka dinghy nie urwała stopy uwięzionej miedzy szczeblami drabinki.
Udało się bez uszczerbku dla zdrowia. Wiatr spycha jacht na pobliskie skały. Za krótko wypuszczony łańcuch kotwicy nie trzyma dobrze na piaszczystym podłożu. Trzeba szybko uruchomić silnik. Nie zaskakuje za pierwszym razem. Następne próby nie dają rezultatu. O co chodzi? Może rozłączyły się przewody prowadzące do rozrusznika? Otwierają obudowę silnika. Rozrusznik lekko porusza się na śrubach mocujących go do kadłuba silnika. Jaro dopycha go mocno ręką. Zapalił. Teraz błyskawicznie wyciągają kotwicę powoli płynąc w jej kierunku. Uff!!! Do skały pozostało z 10 metrów! Cała naprzód! Kierunek - Parga.
Parga to piękne, około dwutysięczne miasto położone na lądzie między Igumenitsą a Prewezą. Po kilku godzinach rzucili kotwicę w dużej zatoce gdzie stoi już kilka jachtów. Tu wiatr tak nie szaleje i mogą trochę odpocząć od wrażeń. Kotwicowisko jest bardzo obszerne. W północnej części jest mały port zapełniony po brzegi pływadłami różnej maści. Od strony lądu jest olbrzymia plaża na której wypoczywa wielu plażowiczów. Kilka ośrodków wypoczynkowych ustawiło swoje własne leżaki w geometrycznym porządku. Plażę od południa zamyka spory cypel skalny, na którym można podziwiać ruiny zabytkowego, weneckiego zamku. Za cyplem otwiera się zapierający dech widok miasta i grupki malutkich wysepek.
Podpłynęli do betonowej płyty na której jest kilka metalowych uch do przymocowania łódki. Stąd, po drewnianej kładce wchodzi się na mur oddzielający miejską promenadę od wielkich głazów ułożonych aby chronić miasteczko od morskich fal. Z murku na poziom promenady można zejść schodkami. Wzdłuż brzegu ciągną się nieskończenie restauracje i bary. Od czasu do czasu, między nimi można znaleźć sklepy z pamiątkami. W środku deptaka wystaje w morze pirs, do którego cumują statki wycieczkowe. Za nim jest skromna żwirowa plaża z prysznicami. Z plaży można przejść na niewielką wysepkę nie zanurzając głowy. To jest około kilkadziesiąt metrów. Na malowniczej wysepce Panagia jest kapliczka i runy umocnień z czasów Napoleona.
Położenie miasta i piękna architektura powoduje chęć pozostania tu na dłużej niż każdy z przybyszy wcześniej planował. Rekonesans przeprowadzony przez załogę Tine dał wynik bardziej niż pozytywny. Będą mogli wybierać między mnóstwem wyspecjalizowanych jadłodajni, w tym najwyżej cenionych lodziarni. Za pierwszym frontem reprezentacyjnych budynków znajduje się uliczka, w której również uśmiechnięta obsługa serdecznie zaprasza do swoich miejsc karmienia turystów w wyrafinowany sposób.
Wieczorem odezwał się Stan. Stan jest żeglarzem, z którym wiele lat temu Al pływał po Chorwackich wodach i przedeptał wiele miejsc w tym kraju na stałym lądzie i wielu wyspach. Umawiali się wcześniej na jakąś część wspólnego pływania i nadszedł czas na realizację tego zadania. Przyleci za chwilę na Korfu i będzie czekał w miasteczku pod tytułem Kavos położonym na południowym krańcu wyspy.
Następny dzień jest tak samo słoneczny jak poprzedni. Może nie jest to bardzo dziwne ale lepiej będzie ten fakt sobie uzmysłowić i zapamiętać. Ruszyli do zwiedzania najbliższych okolic. Najpierw za pomocą dinghy opłynęli spore kotwicowisko i mały port gdzie trwa nauka pływania na deskach z wiosłem. Póżniej zdobyli pociągającą wysepkę Panagia. Jest tak mała, że wystarczy kilkanaście minut aby być w jej wszystkich miejscach. Za nią wystają z wody jeszcze dwie miniaturki wysepek. One są całkowicie nie do zdobycia, bo ich ściany pną się pionowo w górę. Przyszedł czas na wejście na cypel gdzie czekają na sfotografowanie ruiny zamku z czasów panowania weneckich władców. Schody prowadzące na górę są bardzo wyczerpujące i szczelnie zabudowane po ich obu stronach sklepami i budynkami mieszkalnymi. Ci, którzy tu codziennie muszą wchodzić mogą śmiało nazywać się góralami. Po osiągnięciu dziedzińca zabytkowej budowli każdego śmiałka czeka nagroda w postaci niewielkiej restauracji. Można uzupełnić płyny, lekko przekąsić a nawet zjeść lody. Na samym szczycie pozostały mury, wiele nie zawalonych jeszcze pomieszczeń, stare armaty i dumnie zatknięta flaga Grecji. Stąd są niezwykle piękne widoki na Pargę i morze. Widać też odległą, mikro-wysepkę, której całą powierzchnię zajmuje niewielka kapliczka.
Po wyczerpującym zwiedzaniu atrakcji turystycznych nadszedł czas na wieczorne atrakcje kulinarno-artystyczne. Tłum turystów już okupuje większość miejsc przy stolikach. Stali bywalcy znają już swoje ulubione miejsca. Al i Jaro dopiero odkrywają miejsca godne uwagi. Jedna z naleśnikarni i lodziarnia ma już swoje miejsce na mapie punktów gastronomicznych. Teraz przyszła kolej na wyszukanie dobrego miejsca, które zaspokoi głód i gust muzyczny. Kilka lokali proponuje bowiem muzykę na żywo do konsumpcji. To jest właśnie coś, co z entuzjazmem akceptują polscy żeglarze.
Podczas wyśmienitej kolacji postanowili zwiedzić kawałek greckiego lądu skoro już na nim są.
Rankiem w jednej z wypożyczalni wynajęli Fiata z automatyczną skrzynią biegów. Plan wycieczki polegał na tym, że go nie było. W oddali widoczne są sporej wielkości góry. Na pewno stamtąd będzie dobry widok na morze i wyspy. Dotarli do niewielkiej, uśpionej wioski w której rzeczywiście największą atrakcją były niesamowite widoki. Dalsza włóczęga serpentynami po górach o wysokości powyżej 1300 m dostarczyła wiele emocji. Wioski bardzo oddalone od turystycznego blichtru dają prawdziwy obraz życia greków, którym nie dane było skorzystać z dobrobytu miejscowości nadmorskich.
Przekraczając jedną z rzek skręcili w boczną drogę prowadzącą wzdłuż wodnej wstęgi. Niebawem dotarli do ciekawego punktu, w którym można wypocząć w pokojach, zjeść i spłynąć pontonami. Rzeka Acheron ma 52 km długości i wpada do morza niedaleko Pargi. Górska woda jest krystalicznej czystości i o mroźnej temperaturze. Idąc pod prąd rzeka zwęża się i mieści między wysokimi ścianami wąwozu. Dalej są wodospady, do których już nie dotarli ale w ramach rekompensaty zamówili kawę i niezwykle słodką baklawę z czego ucieszyły się również okoliczne osy. Powrót nastąpił już po zachodzie słońca. Odpoczynek na lekko kołyszącym się jachcie zawsze jest jak plaster miodu na serce.
C.d.n.

Chcesz aby twoja firma była na górze listy Siłownia I Obiekt Sportowy w Łódź?

Kliknij tutaj, aby odebrać Sponsorowane Ogłoszenie.

Lokalizacja

Kategoria

Zespół Kulinarny

Strój

Strona Internetowa

Adres


Łódź