06/09/2026
Branża fit wypaczyła spojrzenie na wiele tematów:
Od błędnego postrzegania zapotrzebowania na białko,
po robienie sportowców z osób,
które nie łapią się nawet na minimum aktywności fizycznej, zalecanej chociażby przez WHO.
Jednym z takich tematów jest też BMI.
Parametr, który przecież „nie mówi o niczym”, jest przestarzały, do niczego niepotrzebny, a jednocześnie (nie) posługiwanie się nim pokazuje,
kto tak naprawdę się zna, a kto nie.
(Ach! Ci głupi dietetycy!!)
I o BMI będzie dzisiejsze case study:
Przyszedł do mnie Pan, nazwijmy go Marek.
Obwód pasa 120+ centymetrów, na brzuchu „piłeczka”,
BMI ~40. Ogólnie mówiąc bez czarowania:
przypadek, przy którym mówimy nie o redukcji estetycznej, a o ratowaniu życia.
No to chyba jasne, że jego celem było schudnięcie, prawda?
Prawda?!
Otóż nie.
Nie dość, że zadeklarował, że jest zdrów, jak ryba, to jako cel podał…budowę masy mięśniowej.
A gdy pozwoliłem sobie napisać kilka zdań o tym, czemu w jego sytuacji jest to zły pomysł, z całej listy argumentów Marek wybrał jeden i dokonał bardzo krótkiego, acz ostatecznego „złomowania” mojego autorytetu jako dietetyka:
„Ćwiczę na siłowni,
więc BMI mnie nie dotyczy”
I poprosił o zwrot należności za konsultacje.
Owszem - ćwiczył.
Deklarując w ankiecie ~3 miesiące stażu treningowego.
I choć był to pierwszy tak skrajny przypadek, to argument, że BMI się nie liczy, gdy trenujemy siłowo, słyszałem wielokrotnie.
I zdecydowanie jest to nadinterpretacja.
BMI nie jest narzędziem idealnym.
Samo w sobie nie pozwala zdiagnozować otyłości,
wszak nie mówi nam nic o składzie ciała,
a dwie osoby o takim samym BMI mogą mieć skrajnie różne sylwetki.
Więc owszem u osób o bardzo (bardzo bardzo) rozbudowanej masie mięśniowej BMI nie będzie miarodajne.
Ale czy sprawia to samo przekroczenie progu siłowni?
Nie.
A czy sprawi to chodzenie na siłownię np. rok albo dwa?
Też nie. Przynajmniej u większości osób.
Wszak umówmy się:
Nawet jak w social media panuje inna narracja, zwłaszcza w sekcjach komentarzy, gdzie co drugi komentujący to rzekomo „genetyczny mutant” to niewiele jest osób, które w 2 lata zbudują znaczące ilości mięśni.
Także być może BMI to nie wyrocznia,
jednak w praktyce nadal pozostaje użytecznym narzędziem.
Również u osób rekreacyjnie trenujących na siłowni.
Ale, ale!
Skoro znamy obwód talii, poziom tkanki tłuszczowej, czy widzimy, jak ktoś wygląda, to można zapytać:
To na co jeszcze to BMI potrzebne?
lub
Czemu ci „zacofani” dietetycy nadal z niego korzystają?
Ano dlatego, że dla dietetyka praca z pacjentem to nie tylko estetyka sylwetki,
masa lub redukcja, a przede wszystkim zdrowie.
Stąd i owszem BMI nie zastępuje nam pełnej diagnostyki,
ale ma sens przede wszystkim jako proste narzędzie przesiewowe,
pozwalające szybko ocenić, czy dana osoba znajduje się w zakresie,
który statystycznie wiąże się z większym ryzykiem zdrowotnym:
Populacyjnie wraz ze wzrostem BMI przeciętnie rośnie ilość tkanki tłuszczowej, a także ryzyko m.in. cukrzycy typu 2, chorób sercowo-naczyniowych czy przedwczesnego zgonu.
Także i owszem, w socialmediowej bańce fit można uznać BMI za przeżytek,
ale jednak - świat nie kończy się na fit-Instagramie,
a problemem przeciętnego Polaka nie jest brak kraty na brzuchu,
a nadciśnienie, rozjechany lipidogram, czy zaburzenia glikemii. :)
Odchudzanie online pod moim okiem:
https://healthandfitness.pl/