11/04/2026
Uwielbiam piątki w mojej dzielnicy.
W ten dzisiejszy piątek szczególnie miło przygrzewa kwietniowe słońce, chociaż zza bloków dosięga mnie jeszcze chłodny wiatr. Na osiedlu zrobiło się więcej ludzi. Niektórzy kończą pracę, inni być może dopiero ją zaczynają. Większość z nich jest już jednak gdzieś myślami przy weekendzie. Napięcie wyraźnie spadło.
W warzywniaku jak zwykle jest wszystko: warzywa, owoce, świeże zioła, a także truskawki. Jeszcze nie polskie, tylko z Grecji, ale i tak pięknie pachną. Kuszą kolorem i tą delikatną, lekko lśniącą skórką, w którą jakby ktoś cierpliwie poutykał drobne ziarenka. Przed warzywniakiem stoją kolorowe prymulki. W kolejce robi się tłoczno, ludzie trochę się w nią wtykają, trochę przestawiają, trochę mieszają, ale o dziwo nikt nie jest niemiły. Ktoś kogoś przepuszcza, ktoś się uśmiecha, ktoś dorzuca coś jeszcze do koszyka, ktoś rzuca żart. Jest pan z małym białym pieskiem. Jest mama z synkiem. Jest właścicielka jakiegoś biznesiku obok, która kupuje kawę, herbatę, winogrona, cytrynę, cukier na fakturę i jeszcze kilka innych rzeczy.
Jest starsza pani, która chce kupić tylko jedno kiwi, stoi cierpliwie w kolejce i uśmiecha się do wszystkich.
Dawno temu oglądałam film Boyhood z Ethanem Hawke’em i Patricią Arquette. To był niezwykły film, bo pokazywał chłopca w trakcie dorastania i był kręcony przez lata. Widzimy więc na ekranie tę samą osobę: najpierw małego chłopca, potem nastolatka stojącego niemal u progu dorosłości. Jest tam też jego matka. I właśnie z nią została mi w głowie jedna scena.
W pewnym momencie patrzy na swoje życie i mówi coś, co bardzo mnie zatrzymało: czy to już wszystko? Czy już nic więcej nie dostanę od życia? Do dziś pamiętam żal i rozgoryczenie w jej głosie. To było takie prawdziwe. Obok niej stał syn, dla którego wszystko miało się dopiero zacząć. I pomyślałam wtedy, że to dziwne, jak blisko siebie mogą stać dwa światy: jeden, który czuje niedosyt, i drugi, który jeszcze nawet nie wie, czego będzie mu kiedyś brakowało.
Ciekawe, co on wtedy poczuł. I czy on też kiedyś stanie w takim miejscu jak ona. Czy też spojrzy kiedyś wstecz i pomyśli z goryczą, że coś mu się rozminęło, coś przeciekło przez palce, coś się skończyło za wcześnie albo w ogóle nie zdążyło się zacząć. I właściwie od czego to zależy?
Może od decyzji. Od tych wielkich i od tych zupełnie zwykłych. Od tego, na co się godzimy, na co nie mamy odwagi, co odkładamy, co wybieramy ze strachu, a co z czułości do siebie. Mamy jedno życie i na różnych etapach podejmujemy decyzje, które prowadzą nas w bardzo różne miejsca. Niektóre historie kończą się szybciej, niż byśmy chcieli. Inne ciągną się długo, choć już dawno przestały być nasze. Jedne wybory okazują się dobre, inne bolą. Ale chyba najdziwniejsze jest to, że niezależnie od wieku nadal w pewnym sensie jesteśmy białą kartką.
Patrzę na moje osiedle i właśnie to sobie myślę. Że każdy z tych ludzi niesie jakąś historię, o której nic nie wiem. Nie ma tu ludzi z Instagrama. Nie ma idealnych ciał, luksusowych samochodów, tropikalnych wyjazdów co dwa tygodnie i biznesów, które działają same, kiedy właścicielka pije matchę z widokiem na ocean. Są za to dzieci wracające ze szkoły na rowerach. Są matki z dziećmi. Są starsze osoby, które idą po bułki, do warzywniaka, do mięsnego, stoją w kolejce i wymieniają uprzejmości. Są ludzie zmęczeni, zwyczajni, zamyśleni. Są też tacy, którym zdrowie już wyraźnie nie sprzyja. Ktoś idzie o lasce. Ktoś porusza się na wózku. Ktoś pewnie ledwo się dziś zebrał, żeby wyjść z domu.
A jednak wyszli.
Wyszli do tego piątku, do tego słońca, do drzew, które zaczynają kwitnąć, do pierwszych listków, do ptaków, do tych wszystkich małych znaków, że świat znowu rusza. Uśmiechają się do siebie, do innych, może trochę do życia. I myślę sobie, że w tym jest jakaś cicha mądrość. Że codzienność nie musi być karą ani poczekalnią do czegoś większego. Może być samym życiem. Tym właściwym. Nie wersją roboczą, nie szkicem, nie gorszym zastępstwem.
Bo można patrzeć na swoje życie jak na coś byle jakiego. Można powiedzieć: to tylko osiedle, tylko zakupy na ryneczku, tylko kolejka po jedno kiwi, tylko zwykły piątek. Ale można też spojrzeć inaczej. Zobaczyć, że to właśnie z takich chwil składa się wszystko. Z drobnych zakupów, z chłodnego wiatru między blokami, z lśniących truskawek, z czyjegoś żartu w kolejce, z małego białego pieska, z prymulek przed sklepem, z decyzji, żeby jednak wyjść z domu i uśmiechnąć się do dnia, który się akurat wydarza.
I może od tego właśnie zależy, czy kiedyś poczujemy gorycz, patrząc wstecz.
Od tego, czy byliśmy obecni we własnym życiu. Czy umieliśmy czerpać z tego, co było, zamiast bez końca opłakiwać to, czego nie było. Czy traktowaliśmy codzienność jak skarb, czy jak coś, co trzeba tylko przeczekać. Bo można przeżyć życie, stale odwracając wzrok od tego, co małe, zwyczajne i niedoskonałe. A potem któregoś dnia obudzić się z poczuciem, że właściwie niczego się naprawdę nie dotknęło.
Ale można też zrobić inaczej. Można nie czekać, aż życie zacznie wyglądać lepiej, żeby uznać, że warto w nim być. Można nie odkładać wdzięczności i czułości na bardziej spektakularny moment. Można naprawdę zamieszkać w swoim własnym życiu, nawet jeśli nie jest idealne. Zwłaszcza wtedy.
Bo może nie chodzi o to, żeby dostać od życia wciąż więcej i więcej. Może czasem chodzi o to, żeby wreszcie zauważyć, ile ono już nam daje.