10/09/2026
Czuję, że jestem niezbędny.
To nie jest wybór, to instynkt wyryty głęboko we mnie. Od dziecka, kiedy w domu byłem tym małym dorosłym – gasiłem pożary między rodzicami, pilnowałem nastroju mamy, chroniłem tatę albo matkowałem rodzeństwu. Wtedy wbiłem sobie do głowy prosty wzór: „Jestem ważny i kochany tylko wtedy, kiedy jestem do czegoś potrzebny.”
I tak zostało. Dziś nadal jestem na tym „etacie” – skanuję otoczenie, wyczuwam nastroje innych, by podłożyć im poduszkę, zanim upadną. Ciągle w gotowości, by rozwiązać problem, załagodzić konflikt, wesprzeć, pocieszyć. Jestem tą kotwicą, tą ostoją, tym pierwszym, do którego dzwonią.
Ale ten ciężar… ten nieustający etat, to wieczne czuwanie. Wyczerpuje mnie do szpiku kości. Czuję, jak osiada na moich barkach niczym kamień, z każdym kolejnym dniem, z każdą kolejną czyjąś potrzebą, którą biorę na siebie. Oddycham nim. I coraz częściej zdaję sobie sprawę, że w tym wszystkim… całkowicie zapomniałem, jak czuć samego siebie. Jak usłyszeć, czego ja potrzebuję, kiedy nikt ode mnie niczego nie chce.