07/07/2026
Muztag Ata 7546 m… Tym razem zostaję w domu.
_____________________________________________________
To chyba najtrudniejszy wpis, jaki przyszło mi napisać.
Dzisiaj podjąłem ostateczną decyzję.
Nie lecę do Chin.
Nie dlatego, że zabrakło mi odwagi.
Nie dlatego, że przestałem wierzyć.
I nie dlatego, że odpuściłem swoje marzenie.
Nie lecę, ponieważ nie chcę opierać wyprawy życia na nadziei, że ktoś wyda decyzję we właściwym momencie.
Po tragicznym wypadku, w którym na wysokości około 7300 metrów zginęło kilku wspinaczy, chińskie władze zamknęły Muztag Atę. Organizator poinformował mnie o tym dosłownie kilka dni przed moim wylotem.
Od tamtej chwili w mojej głowie trwała nieustanna walka.
Lecieć?
Czy zostać?
Ryzykować?
Czy odpuścić?
A może właśnie rezygnuję z jedynej szansy?
Większość z Was widzi efekt końcowy.
Zdjęcie ze szczytu.
Relację z wyprawy.
Film.
Ale bardzo rzadko widać to, co dzieje się przez wiele miesięcy wcześniej.
Przygotowania do takiej wyprawy zaczynają żyć własnym życiem.
To już nie są tylko treningi.
To setki małych decyzji, które dla większości ludzi brzmią zupełnie absurdalnie.
Przez ostatnie miesiące nie liczyłem tylko kilometrów na treningach.
Liczyłem... gramy.
Czy warto kupić nowe pętle wspinaczkowe tylko dlatego, że są o 10 gramów lżejsze od tych, które mam?
Normalnie odpowiedź brzmiałaby: nie.
Ale kiedy takich decyzji podejmujesz kilkadziesiąt, nagle z plecaka znika kilogram.
Kupowałem sprzęt.
Sprzedawałem sprzęt.
Wymieniałem sprzęt.
Nie dlatego, że chciałem mieć coś nowego.
Tylko dlatego, że szukałem najlepszego rozwiązania.
Bezpieczniejszego.
Lżejszego.
Bardziej przemyślanego.
Godzinami przeliczałem ilość gazu potrzebną do konkretnego planu aklimatyzacji.
Nie "na oko".
Dokładnie.
Ile dni spędzę w C1?
Ile w C2?
Ile litrów śniegu będę musiał stopić każdego dnia?
Ile gazu zużyję podczas pierwszej rotacji?
Czy jeden dodatkowy kartusz zwiększy bezpieczeństwo, czy będzie tylko kolejnym niepotrzebnym ciężarem?
Mój plan aklimatyzacji zmieniał się chyba kilkanaście razy.
Rozmawiałem z ludźmi, którzy zdobywali Muztag Atę.
Porównywałem ich strategie.
Pytałem o każdy szczegół.
Analizowałem zdjęcia trasy.
Powiększałem fotografie, szukając przebiegu drogi, szczelin, miejsc na depozyty.
Tworzyłem własną rotację.
Potem ją poprawiałem.
I znowu poprawiałem.
Nie dlatego, żeby wejść szybciej.
Tylko po to, żeby wejść bezpieczniej.
Bo w górach wysokich bezpieczeństwo zawsze było dla mnie ważniejsze niż zdobycie szczytu za wszelką cenę.
I właśnie dlatego tak trudno jest dziś powiedzieć:
"Nie lecę."
Bo mam wrażenie, że nie odwołuję wyjazdu.
Odwołuję kilka ostatnich miesięcy swojego życia.
Najgorsze jest jednak coś zupełnie innego.
Od kilkunastu godzin w mojej głowie trwa ta sama rozmowa.
A co, jeśli jednak otworzą górę 15 lipca?
A co, jeśli polecę i wszystko się uda?
A może właśnie odpuszczam największą szansę?
Z drugiej strony...
A co, jeśli polecę, wydam kolejne pieniądze, a góra nadal pozostanie zamknięta?
Albo otworzą ją kilka dni później i zabraknie czasu na pełną aklimatyzację?
Na wysokości 7546 metrów nie da się oszukać organizmu.
Tam nie nadrabia się straconych dni.
Tam pośpiech może kosztować zdrowie, a nawet życie.
I właśnie dlatego podjąłem decyzję, że nie polecę.
Nie dlatego, że się boję.
Nie dlatego, że zabrakło determinacji.
Tylko dlatego, że odpowiedzialność musi być ważniejsza niż ambicja.
_____________________________________________________________________
Wiecie, co jest najdziwniejsze?
Od kilku godzin wracam myślami do ostatnich tygodni.
Najpierw pojawiły się problemy z agencją Silk Road i praktycznie zniknął z nią kontakt.
Później mój partner wspinaczkowy złamał rękę.
Następnie zaczęły się problemy z biletami.
I w końcu, dosłownie kilka dni przed wylotem, wiadomość o zamknięciu góry.
I człowiek zaczyna zadawać sobie pytanie...
Czy to były jakieś sygnały?
Czy tylko mój umysł próbuje dziś połączyć przypadkowe wydarzenia w jedną historię, bo łatwiej znaleźć sens niż zaakceptować zwykły zbieg okoliczności?
Nie znam odpowiedzi.
Może nigdy jej nie poznam.
Wiecie...
Zaczynam chyba rozumieć, dlaczego zawodowi sportowcy korzystają z pomocy psychologów sportowych.
Bo przygotowanie fizyczne to jedno.
Znacznie trudniej przygotować głowę na moment, w którym przez wiele miesięcy robisz wszystko najlepiej, jak potrafisz, a na końcu o wszystkim decyduje coś, na co nie masz absolutnie żadnego wpływu.
Tym razem nie będę Was przepraszał, że się nie udało.
Nie będę przepraszał nikogo.
Bo wiem, że zrobiłem wszystko, co mogłem.
Przygotowałem się najlepiej, jak potrafiłem.
Nie odpuszczałem treningów.
Nie szukałem dróg na skróty.
Nie zostawiłem niczego przypadkowi.
Dałem z siebie naprawdę wszystko.
I chyba właśnie dlatego boli to tak bardzo.
Bo tym razem nie przegrałem z własnymi błędami.
Nie przegrałem z górą.
Nie przegrałem z wysokością.
Przegrałem z okolicznościami, na które nie miałem żadnego wpływu.
Teraz muszę po prostu poukładać to wszystko w głowie.
Za kilka godzin samolot wystartuje.
Powinienem siedzieć w nim z biletem do Chin.
Powinienem czuć ekscytację.
Powinienem sprawdzać po raz ostatni sprzęt.
Powinienem być już myślami w Base Camp.
Zamiast tego zostaję w domu.
I myślę, że właśnie z tym będzie mi najtrudniej się pogodzić.
Przez najbliższe dni pewnie nie raz pomyślę:
"Teraz powinienem być w Stambule..."
"Teraz powinienem lądować w Urumczi..."
"Teraz powinienem jechać do Kaszgaru..."
"Teraz powinienem rozstawiać namiot w Base Camp..."
To będzie bolało.
I nie zamierzam udawać, że jest inaczej.
Pozwolę sobie na chwilę smutku.
Muszę to przeżyć.
Muszę to poukładać.
Ale znam też siebie.
Nie potrafię zbyt długo siedzieć w miejscu.
Za jakiś czas znowu założę plecak.
Znowu zacznę planować.
Znowu będę liczył gramy, analizował mapy, zdjęcia i prognozy pogody.
Bo taka już jest ta pasja.
Nie kończy się dlatego, że jedna wyprawa nie doszła do skutku.
Dzisiaj pozwolę sobie na chwilę słabości.
Ale później wstanę.
Silniejszy.
Mądrzejszy.
Jeszcze bardziej zdeterminowany.
Przede mną są kolejne marzenia.
Kolejne cele.
Być może następnym rozdziałem będzie Gasherbrum.
Jedno wiem na pewno.
Nie przestaję marzyć. Nie przestaję się wspinać.
To nie koniec mojej historii.
To tylko jeden, bardzo trudny rozdział. 🏔️