31/08/2026
Czasami są takie mecze, że człowiek ma ochotę wyrzucić telewizor przez okno, roztrzaskać laptopa, utopić smartfona w kiblu… i wcale nie musi to być przeciętny mecz piłkarskiej Ekstraklasy, wystarczy na przykład 12-sty stół meczowy na II Lidze Seniorów. Po wczorajszej porażce byliśmy wręcz rozjuszeni, autor tej relacji do swojej partii przygotowywał się całe 17 minut i wydawało się, że żadne kojarzenie nie osłabi naszych morali. Niestety trafiliśmy na drużynę KSz II OZ Rzeszów i momentalnie poczuliśmy złowieszczy chłód biegnący z Podkarpacia.
Nasi rywale wydawałoby się niepozorni, mieli jeden przerażający atut, mianowicie ich najstarsi zawodnicy byli z rocznika 2007. Kto śledził zeszłoroczne relacje ten wie, że KKSz nie lęka się niczego, oprócz drużyn złożonych w całości z krwiożerczych juniorów, na których nie pomoże ni przygotowanie, ni czosnek i krucyfiks. Na salę gry weszliśmy jednak z podniesionymi głowami, zwłaszcza że do składu w miejsce pracującego już Kuby Owoca dołączył ten, którego imienia do teraz nie wolno nam było wymawiać, „La Bestia del Prądnik Biały”, anihilator marzeń, intergalaktyczny niszczyciel, Dominik Marczuk. O 15:00 zegary wystartowały.
Zaczęło się naprawdę obiecująco. Na V stole Julek ewidentnie lepiej znał subtelności partii włoskiej i nie minęło kilka ruchów, a rywal dostał gonga, po którym praktycznie był liczony. Twardy Rzeszowianin otrząsnął się jednak i chociaż z pozycji jego króla zostały zgliszcza, czarne złapały jakąś aktywność. Julek zaskoczony być może wytrzymałością rywala, gdzieś nie docisnął, coś przeoczył i czarne zdołały wyrównać pozycję. Kto gra w szachy, ten wie, że strona, która miała wygraną i ją straciła, stoi przed wybitnie niewdzięcznym zadaniem przestawienia zwrotnicy na walkę od nowa. Białym niestety się to nie udało i najpierw popełniły błąd, a potem, w trudnej już pozycji podstawiły bądź co bądź ładnego mata z ofiarą hetmana. Julkowi należą się jednak brawa za walkę, a takie partie to nierozłączna część rozwoju szachowego.
Na szczęście rywale też obeszli się smakiem, bo na VI stole Emilka dostała się w środek oka cyklonu. Obie zawodniczki odkładały konfrontację aż do ostatniej chwili, czyli kiedy na zegarach do kontroli pozostało im zaledwie kilkanaście minut. Nasza VI deska od dłuższego czasu znajdowała się pod nieprzyjemną presją, ale w niedoczasie dodatkowo skusiła się na wywindowanie czarnego pionka aż na drugą linię. Krzykliwy wolniak okazał się jednak darmozjadem i nierobem, którego trzeba było utrzymywać i czarne zamiast na nim skorzystać, zasuwały wokół niego na pięć etatów. Emilka cały czas próbowała wysłać go do pośredniaka, ale w tej pozycji nie było pracy dla pionków z jego wykształceniem. Na całe szczęście przeciwniczka chyba zaufała, że ten pionek na przed sobą wielką przyszłość, bo zagrała chyba zbyt bojaźliwie i kiedy przyszło do konkretów, szachownica wyczyściła się z materiału. Remis!
Niektórzy kibice mogli podnieść wzrok ze zdziwieniem, słysząc w środku rundy potężną melodię „O fortuna” z kantaty Carmina Burana. Ci bardziej doświadczeni wiedzieli jednak, że to po prostu Dominik Marczuk skończył dusić swojego rywala. Czarne całkiem długo dzielnie walczyły o wyrównanie, ale kiedy wreszice je złapały były tak wycieńczone, że na sekundach popełniły prosty błąd i na pierwszej desce figura więcej w zupełności wystarczyła. Jeżeli któregoś dnia Dominik przestanie walczyć w naszych szeregach, będziemy zgubieni!
Teraz dochodzimy do niewdzięcznego momentu relacji meczowej. Owszem, mógłbym opowiedzieć czytelnikom, że po szemranej grze nie wiem jakim cudem obudziłem się z pionkiem więcej, mógłbym też wspomnieć, że młody przeciwnik widząc gasnącą inicjatywę brawurowo oddał drugiego. Mógłbym rozwodzić się nad tym, że kiedy resztki aktywności wygasły, pozycja białych była totalnie wygrana i jeśli ktoś z rankingiem autora jakimś absurdalnym sposobem tej partii by nie wygrał, to powinien być całkowicie ubezwłasnowolniony. Ale czy nie lepiej zamiast tego opowiedzieć naszym czytelnikom jak wspaniałe krzesełko plażowe można mieć za 20 złotych? Jest wygodne, lekkie i zapewnia oparcie, czyli coś czego nie ma autor tej relacji, bo jego gra opiera się wyłącznie na braku wstydu i rosnącym poczuciu żenady. Krzesełko po pierwsze nigdy nie wpadłoby w taki wir błędnych decyzji, a po drugie w końcowej pozycji partii znalazłoby mata w trzy ruchy, zamiast brać powtórzenie pozycji, zalewając przy tym zapis kawą rozpuszczalną, żeby sędziowie mieli cięższe życie.
Kiedy ten festiwal wpadania twarzą w tort dobiegł końca, na tablicy było 2:2 i mecz znajdował się w rękach wytwórni Wolak Brothers, twórców takich klasyków filmowych jak „To nie jest turniej dla starych ludzi” czy „Big Ligovski”. Janek zapewnił widzom kino krwiste i pełne niepokoju, nie tylko tego moralnego. Może i w czasach Stockfisha odpowiedzi wydają się teraz oczywiste, ale widząc tą partię z boku miałem takie poczucie chaosu jakby połowa figur ruszała się jak chciała. Nawet kiedy w końcu zniknęły hetmany, panowie nadal wyprowadzali sobie ciosy w podbródki. Był jeden moment kiedy nasz zawodnik mógł posłać rywala na deski, ale była to już piąta godzina walki, sam wcześniej długo tańczył na ostrzu noża i dlatego remis mimo wszystko wydaje się sprawiedliwy.
Wszystko było więc w rękach Maćka, ale niestety od dłuższego czasu wiadomo było, że musi się zdarzyć jakiś cud. Jego przeciwniczka wykorzystała bowiem proste przeoczenie w wyrównującej się już pozycji i mając jakość więcej wiadomo było, że remis to max na co możemy liczyć. Maciek wydaje się rozsądnie podniósł gardę, zdając się mówić „chcesz wygraną, to sobie weź”. I rzeczywiście, dosyć długo twierdza czarnych odpierała kolejne próby oblężenia, ale białe spokojnie wymieniły kilka figur, trochę polawirowały, a na koniec klinicznie otwarły jedną linię i koncertowo zrealizowały przewagę. Można w tym miejscu powiedzieć coś w stylu „tak się to powinno robić”, ale o wiele lepiej wspomnieć, że moje krzesełko jest wykonane z solidnych, metalowych elementów!
Tak oto dostajemy drugi cios i z jednym zwycięstwem meczowym jesteśmy o krok żeby za karę wylądować w trzeciej sali, która jest niczym Szczecin – nie wiadomo czy faktycznie istnieje. Żebyśmy nie musieli tego sprawdzać empirycznie, trzymajcie za nas kciuki, bo jutro o 15:00 walczymy z TG Mat Tarnowskie Góry.
Do zobaczenia‼️
31/08/2026
30/08/2026
30/08/2026
30/08/2026
29/08/2026
29/08/2026
28/08/2026
26/08/2026
24/08/2026