09/07/2025
"Góry wysokie... co im z wami walczyć każe?"
Diablak Extreme Triathlon to już w pewnych kręgach kultowe zawody. Przez ostatni rok mój świat kręcił się wokół nich, ale tak naprawdę decyzję o starcie podjąłem już w 2022 roku (musiałem sprawdzić datę mojego drugiego posta na insta 😁)
Dobrze pamiętam również moment rok wcześniej, gdy odpoczywając z rodzicami na plaży cieszyłem się z ukończenia Ironmana w Malborku. To wtedy powiedziałem im, że jest u nas taki triathlon, gdzie o 4 nad ranem należy przepłynąć 3,5km 🏊♂️spod zapory w Tresnej do Żywca, następnie przekręcić na rowerze po Beskidach ponad 175km z przewyższeniem 3000m🚵♂️, a na koniec przebiec ponad 43km z Żywca na szczyt Babiej Góry 🏃♂️
Mimo, że dzień wcześniej zostałem człowiekiem z żelaza na płaskiej trasie, to sama myśl o Diablaku powodowała u mnie przerażenie i był to dla mnie wyczyn zarezerwowany dla nadludzi. Trasa ta przecież budzi respekt nawet wśród doświadczonych triathlonistów. Mimo, że wyczyn wydawał się dla mnie na ten moment kompletnie nieosiągalny, to ziarno wątpliwości z cyklu "a może jednak" zostało wtedy zasiane. Musiałem jeszcze uwierzyć, że mogę to zrobić. No i trochę potrenować 😉
Nadszedł najdłuższy dzień w roku. Na brzegu jeziora Żywieckiego 23 śmiałków, temperatura powietrza 8 stopni nie ostudzała emocji. Szybka wymiana nieszczelnej dętki i przekazanie koła supportowi. Zaczynamy płynąć za motorówką, która miała być widoczna z kilku kilometrów, jednakże mgła była tak gęsta, że jej światło zniknęło mi z oczu już po 15 minutach. Będąc w okolicach zatoki momentami nie było widać nawet skrawka lądu, ale udało mi się zachować spokój, gdyż czasami mignął mi przed oczami jakiś kajakarz lub zawodnik. Mimo za późno zjedzonej owsianki i bolącego przez całe pływanie żołądka, wyszedłem na brzeg po około 1h 25min, czyli trochę poniżej oczekiwań. Nie spodziewałem się, że już w strefie zmian będę wił się na ziemi, bo miałem straszne skurcze mięśni brzucha. W dodatku dłonie i stopy były tak skostniałe, że miałem problem z ubraniem butów kolarskich i dopiero na rowerze zobaczyłem, że polała się pierwsza krew 🤪
Pierwsza pętla poszła całkiem przyzwoicie i w komforcie, pomimo tego że w Koniakowie musiałem zatrzymać się w toalecie z powodu problemów żołądkowych z pływania. Starałem się trzymać tempo mimo solidnego kryzysu na drugiej pętli, który ciągnął się na kilkunasto-kilometrowym podjeździe do przełęczy Salmopolskiej. Już o 9:30 pierwszy raz poczułem, że jest mi za ciepło, a siodełko dokuczało mi do tego stopnia, że trochę sobie powyzywałem🤬 Na szczęście na górze czekała na mnie Ania z maścią na otarcia i solidnie nasmarowałem dupę przed dalsza częścią trasy 😅
Maksymalna prędkość jaką osiągnąłem tego dnia to 78,8km/h. Wiedziałem, że tylko na rowerze mogę nadrobić, bo bieganie z kontuzjowanym pasmem biodrowo-piszczelowym to będzie walka o przetrwanie. Niestety w maju podczas treningu zaliczyłem starcie z samochodem, które troszkę poprzestawiało mnie fizycznie. Mimo tego i wielu innych przeciwności nie było jednak takiej siły, która by mnie przed tym startem zatrzymała 😈
Po drodze tajna broń czyli rosół w Koniakowie i wsparcie supportu przez większość trasy, łącznie ze zgarnięciem bidonu, który wyleciał mi na jednym ze zjazdów. Zgodnie z założeniami pojechałem ze średnią 24,0km/h. Kolejny rosołek w strefie zmian mnie reaktywował i o 13:04 byłem już na trasie biegu i to w całkiem niezłej formie 😎 Moja mama po prostu się popłakała, gdy zobaczyła, jak po tym morderczym rowerze mam zamiar w upale biec do nocy na szczyt najwyższej góry Beskidów.
No cóż, dobrze, że nie widziała mnie później... 😜
Po 2,5 km widzę czekających na mnie Anna Kolanowska i Gabriela. W tym samym momencie poczułem ukłucie w pięcie. To drzazga, a my mamy tylko nożyczki i... kombinerki. Pomimo chęci i przyjętego cierpienia potrzebowaliśmy pomocy medycznej. Na szczęście mój tata podwiózł sanitariuszkę, która zapobiegła pokonaniu mnie przez 1-milimetrowy cierń. Mogłem więc kontynuować bieg po prawie 24 minutach nieplanowanej pauzy i wypiciu litrowej Coli (która ogranicza wchłanianie magnezu, ale była taka zimna i smaczna 😋)
Niekończąca się asfaltowa droga pod górkę do Korbielowa przegrzewała nawet takiego gada jak ja 🥵 Na Diablaku jak co roku mamy 2 wersje do wyboru: zima oraz Afryka. Zamawiałem oczywiście tę drugą, ale dostałem tylko 27 stopni w cieniu 🌡
Mimo zbyt długiej, prawie 15 minutowej przerwy na jedzenie w punkcie kontrolnym w Korbielowie, chwilę przed 16:40 zaczynam drugą cześć trasy biegowej prowadzącą w bardziej dzikie tereny. Tylko na początku tego odcinka podąża ze mną Gabriel, gdyż nie przewidziałem supportu na końcówkę biegu.
W momencie karmienia noga ostygła i zaczęła odmawiać posłuszeństwa, więc rozpocząłem na niej gwałt ze szczególnym okrucieństwem, który będzie trwał jeszcze 6h 😵 Żeby było trudniej to zapomniałem maści przeciwbólowej. Po drodze minęło mnie sporo zawodników, z których jeden poratował mnie inną maścią, jednakże bez spektakularnych efektów. Na szczęście przed 30km spotkał mnie także wspaniały właściciel Bazy Jaworzyna (Jaworzyna). Jako że większość zbiegów na trasie schodziłem tyłem, to gospodarz widząc tę masakrę nalegał, żeby jakoś mnie wesprzeć. Mimo, że nie chciałem pomocy, a kontuzji nabawiłem się już przed zawodami, to zboczyłem do bazy i otrzymałem coś, co bardzo mi pomogło - Altacet. Zmniejsza obrzęk więc to był strzał w 10-tkę przy problemach z ITBSem 🎯 Napiłem się również wody ze studni (no bo zimna) i tym samym wbiłem drugi gwóźdź do elektrolitowej trumny. Trzecim z nich była pęknieta kapsułka salt stick, a czwartym nie napełnienie do pełna bidonów na przełęczy Głuchaczki. Kolejnym błędem było zbieganie do Żywieckich Rozstajów (bo Altacet odblokował mi na chwilę zbiegi 🤩). Przez zmęczenie uroiło mi się, że muszę być tam na checkpoincie o 20:30, inaczej GOPR nie puści mnie w dalszą podróż. Jednakże na punkcie kontrolnym dogoniłem tylko paru zawodników a organizatorzy w tej edycji nie wymagali pojawienia się tam o danym czasie. Na nic było więc moje poświęcenie w postaci dotarcia na tętnie okołoprogowym na miejsce 2 minuty przed deadlinem 🤯 Tym samym runęła moja taktyka żółwia z bajki o żółwiu i zającu 🐢. Bardzo mnie tam pokarało i chyba nigdy nie zaliczyłem tak solidnej bomby, a jej ukoronowaniem było napicie się wody zamiast izotonika od jednego z uczestników/supporterów 🤣
Rozpoczęło się najtrudniejsze na całej trasie podejście pod Małą Babią Górę. W jego połowie musiałem sobie na chwilę usiąść, bo niedobór elektrolitów mnie wykańczał. To niestety spowodowało ultra silny skurcz w łydce, która pulsowała tak mocno, jakby żyła własnym życiem - nigdy czegoś takiego nie widziałem 👽 Próbowałem rozciągnąć nogę, ale w tym samym momencie złapał mnie skurcz w tricepsie... i żeby dodać tragikomizmu sytuacji, to skurcz złapał mnie również w drugiej łydce 🤡
Leżąc sztywny z bólu i obserwując ściemniające się niebo zdałem sobie sprawę, że sytuacja nie wygląda najlepiej. Szczerze mówiąc to wyglądało to gorzej niż źle☠ Zacząłem panikować. Nie chciałem wołać zawodnika, który minął mnie chwilę wcześniej, gdyż musiałby do mnie specjalnie schodzić, by mnie rozciągnąć. Parę głębokich wdechów, żeby rozluźnić mięśnie szkieletowe, pomogło tylko trochę. Po kolejnych bardziej chłodnych analizach sytuacji zmiękłem i zacząłem krzyczeć, jednakże wspomniany zawodnik był już za daleko. Byłem zdany na siebie, więc zacisnąłem zęby i jedyną nieprzykurczoną kończyną rozciągnąłem jedną łydkę. Następnie oparłem ją o skały, żeby nie skurczyła się ponownie i rozciągnąłem drugą. Jakimś cudem udało mi się wstać z kolan i kontynuowałem wspinaczkę 😈
W pewnym momencie dogoniło mnie dwóch zawodników: Marcel oraz Słowak Vladimir. Było naprawdę ciężko i ostatnią godzinę biegu już nie jadłem, bo słodki smak żeli przy niedoborze picia był nie do przejścia. Nasz południowy sąsiad okazał nam obu spore wsparcie mentalne i ciągnął nas za sobą przez szczyt Małej Babiej i później przez przełęcz Brona, gdzie zrobiło się ciemno i zapaliliśmy czołówki. Mimo, że nikt z nas nie miał supportu na tym odcinku, to dzięki ciągłej rozmowie z Vladimirem delektującym się widokami na trasie, łatwiej było stawiać krok za krokiem 🦿
Pozostało ostatnie 2 kilometrowe podejście na Diablaka. Mniej więcej do jego połowy trzymaliśmy się razem, by rozdzielić się na końcówce i przeżyć tę duchową podróż samotnie. Na górze czekało na mnie wytrwałe Misiątko, Gabriel oraz organizator Daniel, który wręczył mi pamiątkowy medal🏅
Szczyt zdobyłem około 22:31 jako 20 zawodnik po ponad 18,5h wyprawy (+ 3h zejścia do schroniska 😅). Pogratulowałem pomysłodawcy Poland Extreme Triathlon Series wymyślenia trasy tej epickiej wyrypy i opowiedziałem o krytycznym momencie wyścigu, gdy złapałem potrójny skurcz. Daniel trafnie podsumował tę chwilę słowami: "Przesunąłeś pewną granicę..."
"Góry wysokie... wiem co wami walczyć każe"
Budka Suflera - Cień Wielkiej Góry
25/05/2025
05/01/2025
01/01/2025
31/12/2024
21/12/2024