Fortuna Kołem Się Toczy

Fortuna Kołem Się Toczy

Udostępnij

Jeśli interesują cię relacje z kolarskich przygód, to dobrze trafiłeś!

Photos from Fortuna Kołem Się Toczy's post 13/07/2022

Pan jest pasterzem moim, zaś ja czasem bywam pasterzem ludzi, którzy wybiorą się na przejażdżkę "ze św. Anną". I poprowadziłem przez pół Warszawy grupę w sumie trzyosobową.

Prowadziłem wzdłuż Wisły, prawie slalomem, omijając budowany kolektor. Jechaliśmy przez florę przypominającą dżunglę. Szybko, w dół, szutrową drogą. Park pierwszy — coś na wstępie Żoliborza przy Wisłostradzie.

Jedziesz pasem dla rowerów od Ronda Wilsona, na północ, w kierunku S8. Pas się kończy, jedziesz dalej. Szeroką ulicą, jak król. Wbijasz a Stawy Kellera. A tam są kaczki. Siedzisz na ławce i się na nie patrzysz. A one na ciebie. Jedziesz dookoła stawu i jesteś w Sadach Żoliborskich.

One są niby całkiem spore, ale rowerem znikają w 2 minuty. Przelatujesz nad eską, patrzysz, jak sznury pojazdów mkną w obie strony. A ty jesteś prostopadle nad nimi. I zachowany pęd niesie cię przez Park Kaskada. Nie wygląda on zachęcająco, pozwala na szybki przejazd.

Kombinujemy dojazd do Fortu Bema. Na czuja ogarniamy. Trochę terenu poznałem pieszo późną jesienią. Dlatego mogłem też opowiedzieć o pobliskich ruinach, które nie są fortem, ale i tak są w kiepskim stanie. Podjąłem decyzję o odwiedzeniu spalonych dworków.

Specyficzny, lekki zapach nadpalonej staroci wleciał w moje nozdrza. Wskoczyłem przez wybitą szybę w drzwiach. Wewnątrz urokliwa klatka schodowa kamienicy. Parter, piętro i poddasze. Dużo przewróconych mebli, potłuczone szkło. Dziś nie miałem czasu oglądać. Wyszedłem więc na piętro wyjrzeć przez wybite okno i dać się uchwycić na zdjęciu w ulotnym momencie.

Podeszliśmy do drugiej i trzeciej kamienicy. Ostatnia robi, moim zdaniem, największe wrażenie. Mam też uczucie jej niedostępności. Trzeba wyczekiwać zmian. Jesienią dostałem całkowitego bana na drugim instagramowym koncie za zdjęcie tego budynku. Jednak jestem za to wdzięczny. Zawsze to mniej czasu zmarnowanego.

Park przy Forcie objechany sprawnie, niczego sobie. Duży, pagórkowaty, szutrowy lub betonowy. Z rzeką, mostami i ruinami. Dla każdego coś fajnego. Dziś każdy "miał jaja". Weszliśmy do fortu wszyscy, zmianami pilnując rowerów. Ten konkretny budynek całkiem przyzwoity. Brakowało jedynie bardziej dostępnego tunelu z tyłu. Jednak rekompensował innymi szczelinami, w których zmieści się wyjątkowo szczupła osoba. Przeszedłem kawałek. Było chłodno, ceglasto i specyficznie. Całkiem przyjemnie, ale nie zostawię koleżanki samej w forcie, idąc gdzieś w głąb.

Krótki przejazd do Bemowa zakończył się w Parku Moczydło. Mieliśmy pojazd na górę po trawie, wydeptanej ścieżce. Coś ala kopiec. Szosa poszła sprawie, raz na stromym szczycie koło straciło przyczepność i wyrzuciło piasek. Wyratowałem i wjechałem na szczyt. Ludzie trochę zaskoczeni. Kolarza szosowego nikt się od tamtej strony nie spodziewał. Górka przyjemna, solidniejsza niż Agrykola, więc polecam.

Ze szczytu widać głównie park, szkoda, że nie centrum też. Jednak na Kopcu Powstania Warszawskiego jest podobna sytuacja. Ogólnie, zjazd skończył się niemal w szpitalu. Puściliśmy się w dół chodnikiem, który za zakrętem przerodził się w schody. Lądowanie mogłoby być bez telemarku.

Cywilizacja, centrum, drapacze chmur, klimat biznesowy. Noc, światła, potęga. Po odprowadzałem ludzi do domów. Zapewniłem poczucie wsparcia. Dokręciłem do przyzwoitego kilometrażu, około 65 w sumie.

Jak zrobię drugą tak ciekawą jazdę po mieście, poproszę dyplom za kreatywność. Dzięki za przeczytanie, pozdro, Mati. Dobra, nie lubię, jak tak ktoś do mnie mówi, ale mniejsza o to.

Photos from Fortuna Kołem Się Toczy's post 24/06/2022

Mazowiecki Sopot.

Skończyć pracę wieczorem i pojechać nad jezioro, aby oglądać zachodzące słońce? Aż tak przyjemne zakończenie dnia nie było planowane. Lecz czy musiało być? Czy dozwolenie małej dawki spontaniczności nie jest wspaniałe?


Nie wrócę więcej do opon o szerokości 25 mm. Wcisnąłem 3 milimetry szersze. I zdecydowanie poprawił się komfort poruszania po ścieżkach oraz popękanych krawędziach dróg. Odniosłem jednak wrażenie, że mogą mieć odrobinę większe opory toczenia powyżej 40 km/h. Ewentualnie to placebo, zmęczenie lub wiatr. Takie spostrzeżenia odnośnie samego startu.


Ekipa się rozkręca. Dołączają do kolarskiej św. Anny ludzie z rajdu ku pamięci ks. Jerzego Popiełuszki. Był taki rajd, nie pisałem o nim. Przeżyłem go raczej prywatnie. W planach na wieczór mieliśmy trasę Praga Północ - Żoliborz. Poszło na tyle sprawnie, że zdecydowaliśmy wydłużyć trasę. Najpierw na Białołękę, później aż do Jeziora Zegrzyńskiego. Dystans potrojony.


Zaczęliśmy oglądniem starych kamienic. Następnie były przygody z objazdem budowy metra. Później nowe ścieżki wśród budującej się dzielnicy miasta. Temperatura bardzo przyjemna, wieczorne słońce. Płynnie zmieniliśmy krajobraz z miejskiego na wiejski.


Zatrzymuje się samochód z przeciwka.
- Tak nie wolno jechać podwójnie. Nie wolno!
*cisza*
- Wolno.
I jedziemy dalej, bowiem ruch był niemal zerowy. Co chwilę przejeżdżali kolarze lub ich grupki. Rowerowy ruch niczym na Gassy.


Zegrze, molo. Robimy zdjęcia łabędziom. Podchodzi pan i zagaduje na temat triathlonu. Finalnie bierze mój rower i jeździ w kółko, dając swój sprzęt pod zastaw. A ponieważ był to słaby interes, nie spuszczałem go z oczu nawet na sekundę. Pan był zachwycony.


Po zdjęciach wracamy. Prowadziłem trochę na orientację bez nawigacji, aby nie powielać trasy. Zrobiło się chłodniej. Wszyscy w krótkich rękawkach. Nikt nie przewidział większych planów. Ogólnie dało się przejechać całość bez dodatkowych ubrań. Mieliśmy dzień i noc, miasto i wieś, naturę i przemysł. W pełnej harmonii przenieśliśmy się do Kładki Żerańskiej. Siedzieliśmy na ciepłym betonie i jedliśmy przysmaki upolowane w pobliskiej Biedronce.


Później spokojny powrót lewobrzeżną stroną Warszawy, wzdłuż Wisły. Nocne drapacze chmur, oświetlone budynki, imprezy i tłumy. Mimo północy. Miasto żyje. Wyszło około 60 km wspólnej przejażdżki. Skończyliśmy pół godziny przed północą. Trasa ogarnięta bardzo spokojnie. Mam nadzieję, że dojdzie do jej powtórki w przyszłości. I gratulacje wszystkim uczestnikom za wytrwałość! 😁


PS. Wtorek trening, środa jazda z Anną, sobota... śniadanie o 01:30 😏, jeśli będzie pogoda.

Część zdjęć by Agata Badeńska © 😄

Photos from Fortuna Kołem Się Toczy's post 26/02/2022

Po długiej przerwie ciężko jest do czegoś wrócić. Tak mam teraz z pisaniem porządnego tekstu. Przyznaję się, że teksty podsumowujące rok nie były porządne. Pisałem je raczej na odczepkę (bo wypada, bo wszyscy podsumowują rok). Dziś robię to tak, jak trzeba. Zapraszam do czytania! :)


Czasem myślę o sobie: "skała". Nie w takim znaczeniu jak u św. Piotra. Raczej odwrotnie. Jeśli miałbym w cokolwiek lub komukolwiek wierzyć, muszę to zweryfikować poprzez naukę, rozum i długie przemyślenia. Czułem się jak zimny kalkulator.


Ponieważ nauka jest dla mnie ważna, chodzę na warsztaty. Pewnego dnia, na ogłoszeniach mszalnych w kościele akademickim św. Anny, usłyszałem, że będą warsztaty. Ale nie takie "pitu pitu", pogadanki o Bogu. Raczej coś rozwijającego osobowość, trochę psychologiczne (a mnie to interesuje). Postanowiłem, że pójdę. Przy okazji popracuje nad umiejętnościami miękkimi.


No i byłem tam, poznałem ciekawych ludzi. Doświadczyłem miłej atmosfery. Na przerwie stanąłem pod ścianą, bo zasadniczo, co miałbym innego robić w tym czasie? Zagadał do mnie ksiądz i było mniej więcej tak:
- Nie kojarzę cię. Skąd się tu wziąłeś?
- Z ogłoszeń.
- OK, a czym się zajmujesz?
- *powiedziałem, co robię*
- Chcesz do nas dołączyć?
- OK, ale kółka różańcowe mnie nie interesują 😁


W taki sposób zostałem zaprzęgnięty do grupy sportowej, sekcji kolarskiej. Po to, aby zebrać ludzi i wspólnie trenować. Bałem się, że nie będę mógł tego prowadzić w nieskończoność. Nie wiem, czy Warszawa mi się za kilkanaście lat nie odwidzi. Podobno po studiach może mnie ktoś zastąpić, w razie czego.


Wrzuciłem post na grupę z informacją, że organizuje spotkanie rowerowe. Przyjął się z niesamowicie dużym odzewem. Przynajmniej, w mojej ocenie. Od pomysłu do realizacji minął tydzień. Jedziemy z tym dalej!

Miejsce zbiórki: Syrenka przy Świętokrzyskim, godzina 10:00

Przyjeżdżam do punktu startowego, prawie nikogo nie ma. Obok siedzą dwaj rowerzyści, daleko od siebie. Usiadłem pośrodku i czekam. Rozglądam się i czekam do godziny startu. Patrzę w prawo, jest jakiś spokojny chłopak. Myślę: Cholera, on sam się nie odezwie. Organizacja ludzi jest moim obowiązkiem. I jeżeli się czegoś podejmuję, będę te obowiązki wykonywał. Choćby się świat właśnie kończył. Jak algorytm. Przez zdalne studiowanie i pracę całkiem zdziczałem, ale się przemogłem. Podszedłem, zapytałem i moje przypuszczenia się sprawdziły. Mamy jednego.


Podobno drugi chłopak miał być spóźniony, czekamy. Dojechał jeszcze jeden. Myślę: Jedziemy! Coś mnie tchnęło (jest takie słowo? Tak się to pisze?), aby sprawdzić jeszcze Messengera. Była jeszcze wiadomość od Małgosi. To jedyna osoba, którą dałem radę zapamiętać z imienia. Resztę osób ogarniam fragmentarycznie — gość na "M" oraz Adam i Antoni (ale nie wiem, który to który). Uczenie się imion jest trudne. Trzeba zrobić powiązanie między neuronami kojarzącymi obraz z danym słowem. Im więcej nowych ludzi, tym trudniej.


Tak sobie liczę na palcach, aby kogoś nie pominąć... Była nas piątka. Jeśli o kimś zapomniałem, może mi wymierzyć policzek na powitanie.

Dobra, to jedziemy. 😃 Przetestowałem nowy wylot na Pragę. Z grupą chciałem bezpiecznie i zgodnie z przepisami. Czuję się odpowiedzialny za ich zdrowie i życie. Zwykle lecę po przejściu dla pieszych i miejscu wyłączonym z ruchu, ku zdziwieniu kierowców stojących na światłach. Tak trafiliśmy na fragment kostki brukowej, która miażdżyła drganiami mózg. Później było gładko.


Jednym z moich celów było opuszczenie Warszawy mimo niewielkiego dystansu. Byliśmy w Markach. 20 minut ruchliwszej drogi i ciężarówka na plecach. Następnie już spokojnie. Podobno fragment trasy powielał się z jakimś innym rajdem z duszpasterstwa. W Międzylesiu (czy Aninie lub innym Wawrze, nie ogarniam) dostarczyłem grupie niezapomnianych doznań, jadąc tunelem i gubiąc trasę. Ale tylko na chwilkę.


Jechaliśmy nowym mostem przy drodze S2. Ładne widoki na Wisłę i centrum po drugiej stronie. Nikt nie zrobił zdjęcia. Ale kojarzę, że na moście nie wolno parkować (zatrzymać się na zdjęcie), zgodnie z przepisami prawa o ruchu drogowym. Tylko czy rowerzystów na ścieżkach też to dotyczy? Chyba tak... 🤔


Później wytłukliśmy się na betonowych płytach przez chwilę (dla urozmaicenia). Żart, przegapiłem zjazd z mostu i tak wyszło. Wiem, moje żarty są nieśmieszne. Przepraszam.


Objechaliśmy komin EC Siekierki. Gdy jedzie się na krótki trening, mówi się, że wychodzi się pojeździć wokół komina. Tak było faktycznie. Przypadek? Nie sądzę. Tak zaplanowałem trasę.


Odwiedziliśmy Kopiec Powstania Warszawskiego. Na szczycie była wielka dziura w ziemi. Pomnik leżał obok. Tak było, nie zmyślam. To był drugi cel naszej jazdy. Ogólnie lubię robić cele, ponieważ wszystko, co posiada cel, ma jakiś sens. Głębszy niż sam trening i spotkanie, pogadanki.


Do syrenki dojechały trzy osoby. Resztę zgubiłem gdzieś po drodze. Spoko, to było zaplanowane i ugadane.

Widzimy się za tydzień. Sobota, 10:00! 😄

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy przyjechali na spotkanie. Było niesamowicie miło. Sądziłem, że spotkam się z jakimiś szalonymi chrześcijańskimi freakami. Ale mogłem w końcu poznać, jak jest w rzeczywistości w takich ruchach duszpasterskich. Cieszę się, że mogłem poznać wartościowych, mądrych i uzdolnionych artystycznie ludzi. Czapki z głów, szanuję takie osoby. Do zobaczenia! 😊

PS. Pisałem to jednym ciągiem, chyba ze 3 godziny. W końcu miałem chwilę wolnego czasu. Zmęczony umysł, nie mogłem się uczyć, a jednak nie zmarnowałem tego popołudnia, pisząc to. Piękna sprawa.

Photos from Fortuna Kołem Się Toczy's post 01/01/2022

Dzień dobry, tradycyjnie robimy podsumowanie roku. 😀

2021 mogę jedynie określić słowami: "lepszy rydz niż nic". Kończący się rok był pierwszym w pełni spędzonym w Warszawie. Nauka, praca, obowiązki oraz zepsucie się roweru skutecznie przyczyniły się do skromnego kilometrażu. Tym bardziej dziękuję osobom, które zachęciły mnie do wyjścia z domu i wspólnych przejażdżek.

Jak wygląda jazda w tak dużym mieście? Głównie kolarze zmuszeni są do korzystania ze ścieżek rowerowych. Sieć dróg rowerowych w Warszawie jest bardzo rozbudowana, aczkolwiek nie wszystkie przystosowane są do rowerów szosowych. Dlatego też zdarzało mi się wskakiwać na jezdnię pomimo sprzeciwu kierowców. Jest duży ruch. Zarówno w dzień, jak i w nocy. Podróż po mieście odbywa się w hałasie.

Gdy mam odrobinę więcej wolnego czasu, wybieram się poza miasto. Około 45 minut potrzebuję na wydostanie się na północ lub południe. Wypróbowałem pętlę, około 100 km, przebiegającą przez Twierdzę Modlin oraz Jezioro Zegrzyńskie.

Najdłuższa wyprawa tego roku odbyła się w połowie kwietnia. Wystartowałem o 2:00 w nocy, aby odwiedzić Jeruzal — miejscowość znaną z serialu "Ranczo" oraz zahaczyć o województwo lubelskie. Dystans wyniósł 212 km przy średniej temperaturze 6 st. C. Nie mogłem po niej odpocząć. Natychmiast usiadłem do zdalnych wykładów. Na jeden się spóźniłem 😉

Poniżej wstawiam kilka zdjęć z tegorocznych wypraw oraz dwie infografiki podsumowujące sezon. Na koniec życzę Ci wszystkiego dobrego w Nowym Roku, a szczególności dużo zdrowia!

Photos from Fortuna Kołem Się Toczy's post 01/01/2021

Dużo zdrowia, pomyślności w działaniach, spełniania marzeń oraz dobrego przeżycia nowego roku! - tego Wam życzę, drodzy czytelnicy.


Długo nic się nie działo tu na blogu. Rok 2020 był czasem pełnym wyzwań. Nie tylko w związku z pandemią, lecz ponadto wiązał się w moim przypadku ze wkraczaniem w dorosłe życie. Przygotowania do matury skutecznie blokowały dłuższe i częstsze wypady. Następnie poszukiwania pracy i przeprowadzka. Aktualnie wylądowałem w stolicy i chętnie podzielę się z Wami spostrzeżeniami z jazd w zupełnie nowym środowisku.


Nieodłącznym elementem zakończenia każdego roku są podsumowania. Niemalże każdy z nas zastanawia się, czy podołał zaplanowanym zadaniom i w jaki sposób przeżył ostatnie 365 dni.
Również ja poświęciłem chwilę tym sprawom. Sprawdziłem ubiegłoroczne statystyki i chętnie się z Wami podzielę rezultatem:


Na początek oczywiście kwestia dystansu. Było to niemal 5000 km, czyli połowa tego, co poprzednio. Znacząco spadła liczba jazd 200+ (z 11 na zaledwie 5). I były to:

- 202 km Kalwaria Pacławska
- 208 km Krosno
- 256 km Solina-Szybowisko
- 280 km Sandomierz-Pacanów
- 322 km Komańcza (i Beskid Niski)

Jazda do Pacanowa w połowie stycznia była jedyną, podczas której miałem okazję przekroczyć granice Podkarpacia i odwiedzić województwo świętokrzyskie oraz zahaczyć o Małopolskę. W tym roku nie odwiedziłem Lubelszczyzny.


Dotychczas miałem możliwość dwukrotnie przejechać ulicami Warszawy. Raz grupowo i raz nie. Obecnie częściej spaceruję, niż jeżdżę rowerem, lecz postaram się podzielić wrażeniami z jazdy, gdy złapię wolną chwilę. Póki co, zachęcam do zapoznania się z dokładniejszymi statystykami w formie graficznej!
👇

Photos from Fortuna Kołem Się Toczy's post 29/06/2020

Cześć! Pamiętacie mnie jeszcze? Tak się złożyło, że zniknąłem na pewien czas, aby przygotować się do matury. Teraz dostarczę dla was dawkę opowieści. Najwyższa pora!


28 kwietnia, czas wzmożonego reżimu sanitarnego związanego z pandemią.
Do tej wyprawy przygotowywałem się przez kilka dni. Najgorsza była noc poprzedzającą. Dlaczego? Całość ambicji skupiłem, żeby ogarnąć trasę 30 godzin non-stop. Budzik był nastawiony na 01:00, jednak nie mogłem zmrużyć oka. Byłem skłócony z rodziną, która kategorycznie zabroniła jazdy. Bunt osiągnął apogeum w rozważaniach, co będzie, jeśli postawię na swoim. Długo zmagałem się z męczącymi myślami. Stwierdziłem, że skoro zostało 30 minut do startu, a snu nie było, to nie wytrzymam ponad dwóch dób bez zmrużenia oka, objeżdżając okoliczne góry.


Przestawiłem budzik na 5:00 i wykombinowałem trasę połowę krótszą. Było jeszcze chłodno. Nie chciało mi się startować. Nawet ciężko było ustalić odpowiedni ubiór. Ostatecznie wyruszyłem przed 7:00. Kierunek oczywiście południowy, żeby nie było nudno. Zabrałem coś w ramach obiadu (ze względu na zamknięte wtedy restauracje), czego nie polecam. Ogólnie nie przepadam za naleśnikami z serem. A jeszcze odwaliłem taką sprawę, że wsadziłem sam biały ser. Czując pragnienie, trudno było gryźć. Zatykające i suche pożywienie, mało intensywne w smaku. Nigdy więcej. Dżem się sprawdzi lepiej.


Słoneczny poranek. W Łańcucie przypadkowa przejażdżka obwodnicą. Z przyzwyczajenia pojechałem jak na Albigową, zamiast wzdłuż parku przy pałacu, na Kańczugę. I gnałem przez żółte pola pełne rzepaku. Nawet ładnie wyglądały w farmie wiatrowej. Do tej pory pamiętam, że straciłem okazję na ładne zdjęcie. Jednakże nie można ciągle stać w miejscu. Trzeba dążyć do celu.


Zabrałem się za spokojne podjeżdżanie górki na Hucisko Nienadowskie. Droga wiła się i wznosiła wśród wiejskich, często drewnianych domostw, wzdłuż strumyka. Starszy pan siedział na ławce przed domem. Popatrzyliśmy na siebie z zaciekawieniem. Kwitły drzewa i kwiaty po obu stronach drogi. Uchyliłem obowiązkową wtedy maseczkę i uderzyła w nozdrza słodka woń wiosny. Po pięciu kilometrach wznoszenia się dotarłem na szczyt Huciska. Aby spokojnie coś przekąsić i uzupełnić energię, odbiłem na chwilę w szutrową drogę. Usiadłem na trawie i przyglądałem się pasącym się owocom.


Dalej nic specjalnego nie było. Zjazd do Nienadowej, początek powiatu i Pogórza Przemyskiego. Most na Sanie w Iskani. I uśmieszek przy znaku na Hutę Brzuską. Dlaczego ominąłem tamto miejsce? Tradycyjnie przejeżdżam tamtędy o zachodzie słońca lub po zmroku. Jakoś tak dziwnie plany się układają. A panorama okolicy ze szczytu niesamowita. W każdym razie jechałem doliną do Birczy. Mam tak wyliczone, że wypijam około litra wody i w miejscowości mogę uzupełnić napoje. Tym razem niespodzianka.


W Birczy są 3 sklepy. Delikatesy Premium (otwarte nawet w niedziele niehandlowe), Centrum i jeszcze jakiś supermarket na wschodniej granicy miejscowości. Trasa była taka, że zahaczała o ten ostatni. Podjechałem więc pod budynek, zapiąłem rower, żeby nikt nie ukradł. Wchodzę kilka minut po 10:00, a pani przy kasie mówi coś w stylu: Wypad chłopcze, do 12:00 zakupy mogą robić wyłącznie seniorzy. (To, że padniesz na trasie z pragnienia, jest twoim problemem 😁). I znowu mocowałem się z zapięciem, wsiadłem na szosę, ruszyłem dalej.


Leszczawa dolna, spokojna wspinaczka po serpentynie. W sumie... to czułem zmęczenie. Usiadłem na barierce energochłonnej. Zamordowałem jednego naleśnika, robiłem zdjęcia. Chwilę czasu to trwało. Jeszcze nim dotarłem na szczyt, musiałem zatrzymywać się jeszcze kilka razy, bo zawsze było coś ciekawego do uwiecznienia. Samotne drzewo na górze, wiosenne białe drzewa lub inne takie.


Powiat Bieszczadzki. Tradycyjnie przy znaku postój. Od jakiegoś czasu planowałem zaprezentować swoją postać na środku drogi. Tak więc kierowcy czekajcie, zróbcie korek, muszę pozować. A tak naprawdę, to praktycznie nie było ruchu. Także na luzie takie akcje można przeprowadzić. 🙂 Dalej spokojnie, w miarę płasko. Czekała mnie pierwsza górka 600 m n.p.m. tej przejażdżki. Cały czas było mocno pod wiatr. Gdy z drogi na Ustrzyki Dolne obrałem kierunek na Uherce Mineralne, znalazłem przystanek w cieniu. Nogi wyciągnięte, głowa oparta o szkło. Moment na powrót sił. Międzyczasie relacja na Instagrama. W drogę. Pnąc się na kolejne wzniesie, przestraszyłem się. Usłyszałem pisk opon, gwałtownie hamującego za mną Passata. Ktoś próbował mnie wyprzedzić na stromiźnie, lecz odpuścił z uwagi na samochód z przeciwka. 🤦‍♂️


Miałem dość z palącego słońca, braku wody i mocnego wiatru. Górki też dawały się we znaki. Sądziłem, że najbliższy sklep będzie w Olszanicy. Rozglądając się po okolicznych domach, spostrzegłem malutki sklep. Od razu wyniosłem dwie duże butle. Bidony do pełna, wodą mineralną. Helena napoczęta już pod sklepem została założona o gumki torbie podsiodłowej (nigdy nie montujcie tak picia). Dostałem się do drogi krajowej, skierowałem się na Ustrzyki. Chwilę znowu posiedziałem na przystanku po drodze, jedząc ten mączno-serowy pseudo-obiad. Po starcie dogoniła mnie dwójka kolarzy. Usiadłem na koło, żeby nadrobić czas. Nawiązała się rozmowa.


Okazało się, że kojarzą strój STS z wyścigów. Zatem jesteśmy rozpoznawalną grupą na całym Podkarpaciu! Zapytałem, dokąd dziś zmierzają. Oni na górę Jawor, ja nad Solinę. Ucieszyłem się, że będzie dobre towarzystwo przez kilka kilometrów. No niestety... Wysunęła się oranżada, usłyszałem jej stukot o asfalt i byłem zmuszony się po nią wrócić. Kolarze odjechali. Z racji, że zapora była zamknięta ze względów epidemicznych, oglądałem ją z okolicznego wzgórza. Na horyzoncie było widać śnieg na bieszczadzkich szczytach.


Przejeżdżające drogą samochody zatrzymywały się na chwilę. Osoby siedzące na miejscu pasażera robiły przez szybę zdjęcia telefonami, po czym szybko przejezdni turyści ruszali dalej. Wracałem w kierunku domu. Zamarzyło mi się szybowisko w Bezmiechowej. Stamtąd rozpościerają się niesamowite widoki na Bieszczady, a czasem można załapać się na pokaz lotów paralotnią lub szybowcem. W sezonie otwarta jest restauracja na szczycie. Postanowiłem tam dotrzeć. Nogi miały dość wzniesień, nie mówiąc już o stromiznach. Dostałem skurczu mięśni. Cudem nie przewróciłem się w pedałach zatrzaskowych. Połowa góry była już za mną. Napotkałem jednak barierki i zakaz wjazdu. Dopiero kilka dni później zniesiono tę blokadę. W każdym razie byłem na tyle wysoko, by móc zachwycić się panoramą.


Skierowałem koła na ruiny zamku Sobień. Jakiś wariat na sanockich blachach trąbił, że mam zsunięta z twarzy maseczkę. Nawet nie zdążyłem jej założyć po morderczym podjeździe. Podobnie było wspinając się, na najdłuże w Polskie serpentyny. Pan ze swojego ogrodu krzyczał na mnie. Trudno, szkoda by było zemdleć z niedotlenienia. Dłużyły się serpentyny. Na tarasie widokowym klasycznie zdjęcie roweru. Każdy kolarz tak robi. Słońce zachodziło. Widoki na krętym zjeździe były wspaniałe. Góry Słonne mają swój urok.


Zacząłem czuć dziwną pustkę w brzuchu, mimo braku apetytu. Jadłem cały czas, lecz nic konkretnego. Dobrze wiem z doświadczenia, że w takiej sytuacji natychmiast należy szukać sklepu. Kombinowałem, co mógłbym zjeść dużo w szybkim tempie, coś kalorycznego i uzupełniającego sól, która ze mnie wyciekła podczas upału. Co to? Czipsy! Sądziłem, że najbliższy sklep znajduje się w Mrzygłodzie. Przedostałem się przez tymczasową przeprawę w Tyrawie Solnej, tuż obok mostu, na którym informuje tabliczka, że "grozi katastrofą". Znalazłem wiejski sklep, otwarty jeszcze wieczorem. Nie było samoobsługi w kwestii czipsów, więc poprosiłem o jakieś serowo-cebulowe. Powiedziałem, że jeśli nie ma, mogą być paprykowe. Ale pani była miła oraz uparta i poszła na magazyn poszukać pierwszego wyboru. Na wzmocnienie słodka oranżada. Od razu weszło pod sklepem pół tysiąca kalorii. Poczułem się mocniej i w końcu syty. Ruszyłem na dwie krótkie ścianki, w stronę Dynowa.


Nieprzyzwyczajone do górek po epidemicznej przerwie ścięgno Achillesa dało o sobie znać. Próbując delikatnie i powoli pokonywać wzniesienia, kierowałem się w stronę domu. Piękny zachód słońca oświetlił okoliczne wzgórza, pozostawiając dolinę w cieniu. Nie można było pozostać obojętnym wobec tego widoku. Pozostała ostatnia ścianka. Jechał za mną traktor. To bardzo niekomfortowe, gdy jesteś pod presją. Droga bardzo wąska, a ból w nodze nie pozwalał uciekać. Zostałem dogoniony, zjechałem na pobocze i przepuściłem pojazd. Do stolicy Pogórza Dynowskiego było płasko i niezwykle dziurawo. Nigdy więcej tej drogi wojewódzkiej, póki nie zostanie naprawiona. Rower szosowy ma to do siebie, że daje odczuć każdą nierówność. Obrywa więc nie tylko sprzęt, ale i jeździec.


Dynów. Już całkiem ciemno, około 20:00. Pozostał odcinek prosto na Łańcut. W nocy lubię słuchać muzyki. Pozwala to czuć się pewniej, gnając w samotności przez nocne, dzikie tereny. W Szklarach jechałem doliną. Zamarłem na chwilę. Przestraszyło mnie nagłe poruszenie w trawach, zaczęły gonić psy. Na wsiach niestety to standard. Trzeba być gotowym na tego typu atrakcje. Jadąc przez czarny świat, oświetlony jedynie strumieniem światła latarki, uważałem na sarny, jadąc szczytem góry przez pola. Po szybkim zjeździe do Zabratówki pozostał ostatni pagórek wycieczki. Znowu zaciśnięte zęby przez ścięgno i 10 km/h wspinaczki. Łatwo nie było, lecz pozostała jedynie płaska końcóweczka.


Godzina 22:00, Albigowa. Z bólu nie byłem w stanie jechać dalej. Zajechałem na zadaszony przystanek. Zgasiłem lampki w rowerze. Oparłem się o ścianę przystanku. Poczułem trudy podróży i ogólny wysiłek. Zamknąłem oczy. Czułem, że byłbym w stanie zasnąć. Pilnowałem, żeby do tego nie dopuścić. Dzięki temu wpadłem później na pomysł, że mógłbym na ponad dobowych jazdach zrobić drzemkę jak menel na przystanku. 😁 15 minut odpoczynku pozwoliłoby uniknąć chwilowych zaników świadomości i wyjeżdżania na środek pasa co chwilę. Może zastosuję to w przyszłości.


Do domu dotarłem o 23:00. Wynikiem jest 256 km, 3 km przewyższenia oraz 12 godzin czystej jazdy (co daje marną średnią 21 km/h 🙂). Otrzymałem dzięki tej przejażdżce ważne doświadczenie: czipsy jako doskonały ratunek kaloryczny i plan przystankowy. Przywiozłem mnóstwo zdjęć. Cześć z nich możecie zobaczyć. Pozdrawiam serdecznie!

Photos from Fortuna Kołem Się Toczy's post 27/04/2020

Zbliża się już następna przejażdżka, więc aby nie robić zaległości, podzielę się z wami wrażeniami z poniedziałku tydzień temu.

Rozpoczęła się wiosna. Widać ją po kwiatach i drzewach. Pogodę mamy idealną na wycieczki. Można już przemieszczać się bez problemów i wychodzić nawet na rekreacyjne jazdy rowerem. Zaplanowałem jazdę do Huty Brzuskiej (okolice Birczy, Pogórze Przemyskie). Chciałem pojawić się tam drugi raz w życiu, w ciągu dnia. To miejsce jest takie dziwne, że wielokrotnie pojawiałem się w nim o zachodzie lub po zmroku. Plan nie wypalił. Nie dojechałem.


A dlaczegóż to? Ponieważ spędziłem dwie godziny na robieniu zdjęć, których było więcej niż kilometrów. Finalnie ze 150-ciu wybrałem 50 najlepszych, a zobaczycie około 30. Obrałem tereny pagórkowate. Na początek Husów. Z tego pierwszego wzniesienia za Łańcutem miałem możliwość tego dnia oglądać: Magurę Łomniańską na Ukrainie (84 km), Bieszczady, Góry Słonne oraz okolice Krosna.


Zjechałem do Tarnawki. Dawno tam nie byłem. Moją uwagę przyciągnął otwarty kościół o ciekawej budowie architektonicznej. Z tego względu, że nigdy nie byłem w środku, a byłem ciekawy, to wstąpiłem na chwilę. Wnętrze nie było jednak tak imponujące jak sama budowla. Powoli wspinałem się na Hucisko Jawornickie i Nienadowskie. Nie mogąc złapać tchu, ściągnąłem chustkę z twarzy. Przestraszył mnie wtedy pojazd ze światłami na dachu. Okazało się na szczęście, że było to pogotowie gazowe.


Na szczycie usiadłem na ławce, pod drzewem o białych kwiatach. Sesja chwilę trwała, krótki posiłek. Ostatnio widziałem, że rzeszowscy kolarze mieli podobny pomysł na zdjęcia. Czyżby odgapiony? Kierunek na Śliwnicę. Tutaj nachylenie na chwilę wzrosło. Jak wiadomo, małe pieski są najbardziej dzikie. Nie chcąc tracić krwi z łydki, musiałem cisnąć pod stromiznę, ile wlezie. Prędkość skoczyła z 8 km/h do 20. Niemal zawał. I po pościgu zaczęły się postoje co 400 m. A to z powodu nastrojowego lasu, a to przez kwiatki, panoramę ze szczytu lub spacerującego pana...


Więc odpuściłem dalsze kilometry. Przez Dubiecko na Laskówkę, Szklary. Pomyślałem, że pasuje jeszcze zaglądnąć na Magdalenkę, ze względu na prawdopodobieństwo obserwacji Tatr. Czekałem do zachodu chwilę. Niestety nic. Wiem, że znajomi z okolic Strzyżowa widzieli majaczące góry. Niestety wziąłem za mało jedzenia i mocno osłabłem. Na dwóch kanapkach od śniadania do późnego wieczora niestety nie da się jeździć. Dowlokłem się do wioski ostatkiem sił, jadąc ledwo 15 po płaskim. Przy okazji, po drodze odebrałem jeszcze klubowe skarpetki, których test nastąpi jutro.


Wyszło 114 km. To była niezwykle urokliwa pod względem przyrodniczym przejażdżka.


P.S. Widzę, że znajomi walą ostatnio ćwiartki, więc nie będę gorszy i wyskoczę na kilka godzin dłużej. 😉

12/04/2020

Chrystus zmartwychwstał Alleluja!
Z okazji Świąt Wielkanocnych pragnę złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia. Dużo zdrowia, spokojnych, radosnych świąt oraz nadziei na szybkie zakończenie epidemii. 🐣🐰

Photos from Fortuna Kołem Się Toczy's post 23/03/2020

Jest po obiedzie, czuję się trochę śpiąco, ale nie będę spał. Jest coś innego do zrobienia. Otóż napiszę wam, co robiłem w niedzielę. A waszym zadaniem jest przeczytać lub pominąć post (nie wiecie, co tracie). Ewentualnie od biedy pooglądać same zdjęcia. 😁


Postanowiłem się wybrać na rower, a że mogłem pojechać tylko do lasu, to pojechałem do lasu. Zgodnie z zaleceniem. Poszlajałem się po krzakach. Byłem na stawie przy kopalni piasku. A tam sześć samochodów, wiele ludzi. Wędkarze, spacerowicze, rowerzyści i wyprowadzacze psów. Zrobiłem zdjęcia i się zmyłem. Kierunek Węgliska i Zalesie.


Z asfaltu pojechałem szutrem do dołu jak na Dąbrówki przez las. Przy szlabanie cały parking samochodów. Znowu ci wszyscy wymienieni, tylko zamiast wędkarzy byli biegacze i nordic walkowcy (ktoś wie jak się to odmienia?! 🤔 - chodziarze z kijami). Uciekłem w jodłową gęstwinę na zdjęcia. Później w okolice wąwozów. Uchwyciłem ruch jak w ulu. Nigdy w życiu nie widziałem w lesie tyle ludzi na raz. Niby w czasie korona wirusa można tam przebywać, ale jak widać to bardziej niebezpieczne niż puste ulice w miejscowościach.


Jadąc koło cmentarza dla zwierząt, około pięć metrów przede mną przeskoczyła drogę sarna. Także trochę emocji też było. Wróciłem jak do domu, ale nie do domu. Bo po co tak szybko wracać? Co nie? Wybrałem się kręcić jeszcze między rakszawskimi polami i odwiedziłem jeszcze inny las. Też trochę klimatyczny. Pod Węgliskami. Byłem na dwóch mostach na rzece. I było fajnie. A kto tam nie był, to polecam. Nawet dam mapkę. Tam były prawdziwe pustki, spokój i cisza.

Jakie cyferki? Nie pamiętam. Wiem, że było więcej zdjęć niż kilometrów. Starannie wyselekcjonowane i obrobione zgodnie z tradycyjną recepturą zdjęcia, możecie oglądać poniżej.


Dzięki za przeczytanie, buziaki, trzymajcie się, dużo zdrowia! 😁

Chcesz aby twoja firma była na górze listy Siłownia I Obiekt Sportowy w Rzeszów?

Kliknij tutaj, aby odebrać Sponsorowane Ogłoszenie.

Lokalizacja

Adres


Rzeszów