29/06/2020
Cześć! Pamiętacie mnie jeszcze? Tak się złożyło, że zniknąłem na pewien czas, aby przygotować się do matury. Teraz dostarczę dla was dawkę opowieści. Najwyższa pora!
28 kwietnia, czas wzmożonego reżimu sanitarnego związanego z pandemią.
Do tej wyprawy przygotowywałem się przez kilka dni. Najgorsza była noc poprzedzającą. Dlaczego? Całość ambicji skupiłem, żeby ogarnąć trasę 30 godzin non-stop. Budzik był nastawiony na 01:00, jednak nie mogłem zmrużyć oka. Byłem skłócony z rodziną, która kategorycznie zabroniła jazdy. Bunt osiągnął apogeum w rozważaniach, co będzie, jeśli postawię na swoim. Długo zmagałem się z męczącymi myślami. Stwierdziłem, że skoro zostało 30 minut do startu, a snu nie było, to nie wytrzymam ponad dwóch dób bez zmrużenia oka, objeżdżając okoliczne góry.
Przestawiłem budzik na 5:00 i wykombinowałem trasę połowę krótszą. Było jeszcze chłodno. Nie chciało mi się startować. Nawet ciężko było ustalić odpowiedni ubiór. Ostatecznie wyruszyłem przed 7:00. Kierunek oczywiście południowy, żeby nie było nudno. Zabrałem coś w ramach obiadu (ze względu na zamknięte wtedy restauracje), czego nie polecam. Ogólnie nie przepadam za naleśnikami z serem. A jeszcze odwaliłem taką sprawę, że wsadziłem sam biały ser. Czując pragnienie, trudno było gryźć. Zatykające i suche pożywienie, mało intensywne w smaku. Nigdy więcej. Dżem się sprawdzi lepiej.
Słoneczny poranek. W Łańcucie przypadkowa przejażdżka obwodnicą. Z przyzwyczajenia pojechałem jak na Albigową, zamiast wzdłuż parku przy pałacu, na Kańczugę. I gnałem przez żółte pola pełne rzepaku. Nawet ładnie wyglądały w farmie wiatrowej. Do tej pory pamiętam, że straciłem okazję na ładne zdjęcie. Jednakże nie można ciągle stać w miejscu. Trzeba dążyć do celu.
Zabrałem się za spokojne podjeżdżanie górki na Hucisko Nienadowskie. Droga wiła się i wznosiła wśród wiejskich, często drewnianych domostw, wzdłuż strumyka. Starszy pan siedział na ławce przed domem. Popatrzyliśmy na siebie z zaciekawieniem. Kwitły drzewa i kwiaty po obu stronach drogi. Uchyliłem obowiązkową wtedy maseczkę i uderzyła w nozdrza słodka woń wiosny. Po pięciu kilometrach wznoszenia się dotarłem na szczyt Huciska. Aby spokojnie coś przekąsić i uzupełnić energię, odbiłem na chwilę w szutrową drogę. Usiadłem na trawie i przyglądałem się pasącym się owocom.
Dalej nic specjalnego nie było. Zjazd do Nienadowej, początek powiatu i Pogórza Przemyskiego. Most na Sanie w Iskani. I uśmieszek przy znaku na Hutę Brzuską. Dlaczego ominąłem tamto miejsce? Tradycyjnie przejeżdżam tamtędy o zachodzie słońca lub po zmroku. Jakoś tak dziwnie plany się układają. A panorama okolicy ze szczytu niesamowita. W każdym razie jechałem doliną do Birczy. Mam tak wyliczone, że wypijam około litra wody i w miejscowości mogę uzupełnić napoje. Tym razem niespodzianka.
W Birczy są 3 sklepy. Delikatesy Premium (otwarte nawet w niedziele niehandlowe), Centrum i jeszcze jakiś supermarket na wschodniej granicy miejscowości. Trasa była taka, że zahaczała o ten ostatni. Podjechałem więc pod budynek, zapiąłem rower, żeby nikt nie ukradł. Wchodzę kilka minut po 10:00, a pani przy kasie mówi coś w stylu: Wypad chłopcze, do 12:00 zakupy mogą robić wyłącznie seniorzy. (To, że padniesz na trasie z pragnienia, jest twoim problemem 😁). I znowu mocowałem się z zapięciem, wsiadłem na szosę, ruszyłem dalej.
Leszczawa dolna, spokojna wspinaczka po serpentynie. W sumie... to czułem zmęczenie. Usiadłem na barierce energochłonnej. Zamordowałem jednego naleśnika, robiłem zdjęcia. Chwilę czasu to trwało. Jeszcze nim dotarłem na szczyt, musiałem zatrzymywać się jeszcze kilka razy, bo zawsze było coś ciekawego do uwiecznienia. Samotne drzewo na górze, wiosenne białe drzewa lub inne takie.
Powiat Bieszczadzki. Tradycyjnie przy znaku postój. Od jakiegoś czasu planowałem zaprezentować swoją postać na środku drogi. Tak więc kierowcy czekajcie, zróbcie korek, muszę pozować. A tak naprawdę, to praktycznie nie było ruchu. Także na luzie takie akcje można przeprowadzić. 🙂 Dalej spokojnie, w miarę płasko. Czekała mnie pierwsza górka 600 m n.p.m. tej przejażdżki. Cały czas było mocno pod wiatr. Gdy z drogi na Ustrzyki Dolne obrałem kierunek na Uherce Mineralne, znalazłem przystanek w cieniu. Nogi wyciągnięte, głowa oparta o szkło. Moment na powrót sił. Międzyczasie relacja na Instagrama. W drogę. Pnąc się na kolejne wzniesie, przestraszyłem się. Usłyszałem pisk opon, gwałtownie hamującego za mną Passata. Ktoś próbował mnie wyprzedzić na stromiźnie, lecz odpuścił z uwagi na samochód z przeciwka. 🤦♂️
Miałem dość z palącego słońca, braku wody i mocnego wiatru. Górki też dawały się we znaki. Sądziłem, że najbliższy sklep będzie w Olszanicy. Rozglądając się po okolicznych domach, spostrzegłem malutki sklep. Od razu wyniosłem dwie duże butle. Bidony do pełna, wodą mineralną. Helena napoczęta już pod sklepem została założona o gumki torbie podsiodłowej (nigdy nie montujcie tak picia). Dostałem się do drogi krajowej, skierowałem się na Ustrzyki. Chwilę znowu posiedziałem na przystanku po drodze, jedząc ten mączno-serowy pseudo-obiad. Po starcie dogoniła mnie dwójka kolarzy. Usiadłem na koło, żeby nadrobić czas. Nawiązała się rozmowa.
Okazało się, że kojarzą strój STS z wyścigów. Zatem jesteśmy rozpoznawalną grupą na całym Podkarpaciu! Zapytałem, dokąd dziś zmierzają. Oni na górę Jawor, ja nad Solinę. Ucieszyłem się, że będzie dobre towarzystwo przez kilka kilometrów. No niestety... Wysunęła się oranżada, usłyszałem jej stukot o asfalt i byłem zmuszony się po nią wrócić. Kolarze odjechali. Z racji, że zapora była zamknięta ze względów epidemicznych, oglądałem ją z okolicznego wzgórza. Na horyzoncie było widać śnieg na bieszczadzkich szczytach.
Przejeżdżające drogą samochody zatrzymywały się na chwilę. Osoby siedzące na miejscu pasażera robiły przez szybę zdjęcia telefonami, po czym szybko przejezdni turyści ruszali dalej. Wracałem w kierunku domu. Zamarzyło mi się szybowisko w Bezmiechowej. Stamtąd rozpościerają się niesamowite widoki na Bieszczady, a czasem można załapać się na pokaz lotów paralotnią lub szybowcem. W sezonie otwarta jest restauracja na szczycie. Postanowiłem tam dotrzeć. Nogi miały dość wzniesień, nie mówiąc już o stromiznach. Dostałem skurczu mięśni. Cudem nie przewróciłem się w pedałach zatrzaskowych. Połowa góry była już za mną. Napotkałem jednak barierki i zakaz wjazdu. Dopiero kilka dni później zniesiono tę blokadę. W każdym razie byłem na tyle wysoko, by móc zachwycić się panoramą.
Skierowałem koła na ruiny zamku Sobień. Jakiś wariat na sanockich blachach trąbił, że mam zsunięta z twarzy maseczkę. Nawet nie zdążyłem jej założyć po morderczym podjeździe. Podobnie było wspinając się, na najdłuże w Polskie serpentyny. Pan ze swojego ogrodu krzyczał na mnie. Trudno, szkoda by było zemdleć z niedotlenienia. Dłużyły się serpentyny. Na tarasie widokowym klasycznie zdjęcie roweru. Każdy kolarz tak robi. Słońce zachodziło. Widoki na krętym zjeździe były wspaniałe. Góry Słonne mają swój urok.
Zacząłem czuć dziwną pustkę w brzuchu, mimo braku apetytu. Jadłem cały czas, lecz nic konkretnego. Dobrze wiem z doświadczenia, że w takiej sytuacji natychmiast należy szukać sklepu. Kombinowałem, co mógłbym zjeść dużo w szybkim tempie, coś kalorycznego i uzupełniającego sól, która ze mnie wyciekła podczas upału. Co to? Czipsy! Sądziłem, że najbliższy sklep znajduje się w Mrzygłodzie. Przedostałem się przez tymczasową przeprawę w Tyrawie Solnej, tuż obok mostu, na którym informuje tabliczka, że "grozi katastrofą". Znalazłem wiejski sklep, otwarty jeszcze wieczorem. Nie było samoobsługi w kwestii czipsów, więc poprosiłem o jakieś serowo-cebulowe. Powiedziałem, że jeśli nie ma, mogą być paprykowe. Ale pani była miła oraz uparta i poszła na magazyn poszukać pierwszego wyboru. Na wzmocnienie słodka oranżada. Od razu weszło pod sklepem pół tysiąca kalorii. Poczułem się mocniej i w końcu syty. Ruszyłem na dwie krótkie ścianki, w stronę Dynowa.
Nieprzyzwyczajone do górek po epidemicznej przerwie ścięgno Achillesa dało o sobie znać. Próbując delikatnie i powoli pokonywać wzniesienia, kierowałem się w stronę domu. Piękny zachód słońca oświetlił okoliczne wzgórza, pozostawiając dolinę w cieniu. Nie można było pozostać obojętnym wobec tego widoku. Pozostała ostatnia ścianka. Jechał za mną traktor. To bardzo niekomfortowe, gdy jesteś pod presją. Droga bardzo wąska, a ból w nodze nie pozwalał uciekać. Zostałem dogoniony, zjechałem na pobocze i przepuściłem pojazd. Do stolicy Pogórza Dynowskiego było płasko i niezwykle dziurawo. Nigdy więcej tej drogi wojewódzkiej, póki nie zostanie naprawiona. Rower szosowy ma to do siebie, że daje odczuć każdą nierówność. Obrywa więc nie tylko sprzęt, ale i jeździec.
Dynów. Już całkiem ciemno, około 20:00. Pozostał odcinek prosto na Łańcut. W nocy lubię słuchać muzyki. Pozwala to czuć się pewniej, gnając w samotności przez nocne, dzikie tereny. W Szklarach jechałem doliną. Zamarłem na chwilę. Przestraszyło mnie nagłe poruszenie w trawach, zaczęły gonić psy. Na wsiach niestety to standard. Trzeba być gotowym na tego typu atrakcje. Jadąc przez czarny świat, oświetlony jedynie strumieniem światła latarki, uważałem na sarny, jadąc szczytem góry przez pola. Po szybkim zjeździe do Zabratówki pozostał ostatni pagórek wycieczki. Znowu zaciśnięte zęby przez ścięgno i 10 km/h wspinaczki. Łatwo nie było, lecz pozostała jedynie płaska końcóweczka.
Godzina 22:00, Albigowa. Z bólu nie byłem w stanie jechać dalej. Zajechałem na zadaszony przystanek. Zgasiłem lampki w rowerze. Oparłem się o ścianę przystanku. Poczułem trudy podróży i ogólny wysiłek. Zamknąłem oczy. Czułem, że byłbym w stanie zasnąć. Pilnowałem, żeby do tego nie dopuścić. Dzięki temu wpadłem później na pomysł, że mógłbym na ponad dobowych jazdach zrobić drzemkę jak menel na przystanku. 😁 15 minut odpoczynku pozwoliłoby uniknąć chwilowych zaników świadomości i wyjeżdżania na środek pasa co chwilę. Może zastosuję to w przyszłości.
Do domu dotarłem o 23:00. Wynikiem jest 256 km, 3 km przewyższenia oraz 12 godzin czystej jazdy (co daje marną średnią 21 km/h 🙂). Otrzymałem dzięki tej przejażdżce ważne doświadczenie: czipsy jako doskonały ratunek kaloryczny i plan przystankowy. Przywiozłem mnóstwo zdjęć. Cześć z nich możecie zobaczyć. Pozdrawiam serdecznie!