04/07/2026
LIVE FUN | RUNNING | BIEGANIE
Dziś zostałem zweryfikowany przez Półmaraton Gęstwinami Murckowskimi czyli bez lukru o tym, jak ulubiony dystans brutalnie niszczy bardziej niż biegi Ultra 🫣🤕
W trzy tygodnie po wymarzonej setce, trochę w ramach powrotu do biegania i dalszych treningów, wymyśliłem sobie, że przebiegnę Półmaraton Gęstwinami Murckowskimi. Lasy Murckowskie znam i lubię, są niedaleko – jeździmy tam na rodzinne spacery, a czasem i pobiegać... 🌲
Trzy tygodnie po Setce. Wydawałoby się – ani dużo, ani mało... Fakt jest taki, że organizm mocno domagał się regeneracji. Było sporo odpoczynku, były spacery, wpadł jakiś rower... A potem przyszły upały, te rekordowe. Trzeba się szanować – bieganie w ponad 30°C to proszenie się o nieszczęście. 🥵 W efekcie, poza 8-kilometrowym Biegiem dla Słonia z rodziną, nie biegałem zupełnie nic. To pewnie jedna ze składowych mojego dzisiejszego, słabego wyniku... Ale o tym później. Potem proza życia ustawiła dni tak, że nawet nie zrobiłem zwykłego rozbiegania w tygodniu startowym. Zamiast kilku spokojnych kilometrów – dosłownie zero... Null... Nic! 🤷♂️
🕒 Sobota, 8:00 rano...
Myślę sobie: start o 11:00, więc czas na normalne, lekkie śniadanie. Jednak było ono inne niż zwykle przed startem. Cukrzyca w ostatnich dniach weryfikuje moją głowę dość mocno. 🩸 Bez zmiany diety, pomimo różnego rodzaju aktywności, "mój wróg" prowadzi mnie w kierunku przeciwnym do tego, którego sam bym oczekiwał...
Nie użalając się jednak nad sobą – czas na przedstartową rutynę: ☕ + 🚽 i szybkie ogarnięcie strategii żywieniowej na bieg. Woda, żele, Aquon, tabletki AleSalt... 💊 Temperatura na zewnątrz niemal idealna do biegania, przyjemne 19°C. Wydawałoby się, że będzie OK... Cóż, życie szybko weryfikuje plany.
Szybki dojazd na Murcki, szukanie parkingu. Ostatecznie dałem radę wcisnąć się i "przytulić" między drzewami na wjeździe na pełny już parking przy dawnej Nibylandii. Szybko po pakiet, powrót do auta i... s**t! 🤦♂️ Nie wziąłem pasa na numer... Dobra, czyli lecimy klasyką. Cztery zicherki (agrafki) i przypinam numer do koszulki – biegłem tak przecież nie raz. Dziś bez muzyki, słuchawek nie miałem, bo akurat korzystała z nich żona.🎵❌
Dochodzę na start, spotykam Jacka z naszej grupy SIPB. Chwila rozmowy, ustawiamy się na linii Startu... Ostatnie odliczanie i punkt 11:00 ruszamy! 🚀
Kto był na Murckach, ten wie, że oprócz szerokich leśnych traktów potrafi być tam naprawdę ciasno. Taki był właśnie początek. Kawałek asfaltu podprowadził nas do lasu, a potem ruszyliśmy zwartą grupą, noga w nogę, na zwężającej się ścieżce. Gdzieś tam próbowaliśmy się wyprzedzać, żeby nie tracić cennych sekund.
1. km – 5:30. Powiedziałbym, że idealnie... 🎯
Ale najgorsze miało dopiero nadejść. Już na 2. kilometrze zorientowałem się, że tętno wyleciało mi w kosmos. 📈 💓Niby czułem się dobrze, oddechowo było OK, tempo w granicach 5:00–5:15, ale powoli docierało do mnie, że przepona nie ma tyle miejsca, ile powinna... No cóż, śniadanko zaległo i nic z tym nie zrobię. Staram się biec swoje.
Nagle – chwila utraty koncentracji nad tym, co pod stopami. Jeb! 💥
But został nagle zatrzymany przez wystający kamol. Wyleciałem jak ze szlojdra (z procy)! 🏹
1. sekunda: Faza lotu. "Figas, łap pion!" – krzyczę w głowie do samego siebie. Lewa noga złapała grunt.🦶
2. sekunda: Znowu faza lotu. Instynktownie wyciągam ręce przed siebie. "Figas, leżysz jak nic! Tylko nie scharataj facjaty!" – myślę. Prawa noga, grunt.
3. sekunda: Lewa noga, grunt. Moja pozycja przypomina skoczka wylatującego z progu w Planicy. 🎿
4. sekunda: Prawa noga łapie kolejny kontakt z nawierzchnią. Próbuję się wyprostować, biegnę dalej.
5. sekunda: Że ja się z tego wybroniłem?!
Błędnik nie zawiódł. 🧠
Teraz już full focus na bieg, żeby tego nie powtórzyć.
W sumie, mimo biegu, w większości w cieniu, a i przyjemnych podmuchów chłodniejszego wiatru nie brakowało, mimo to nie mogłem opanować tętna, które od samego początku oscylowało w granicach 180–182 ud./min. Na zbiegach, których na trasie nie brakowało, udawało się na moment zejść w okolice 175, ale to i tak było za wysoko. 🥵
Na 7. kilometrze wjechał żel + AleSalt, popity sporą ilością wody. Biegnę dalej swoim tempem, przepalając energię. Trochę niepotrzebnie, bo mogłem wolniej – to i tak nie był dzień na bicie życiówek. 10 km w okolicach 55 minut wciąż dawało nadzieję na wynik w granicach 2h00, w który zresztą celowałem. Do 13. kilometra szło to nawet nieźle. Na 13,5 km zameldowałem się na punkcie odżywczym, na którym przystanąłem, aby spokojnie się napić i wyrzucić kubek (bo śmiecić w lasach nie zwykłem). 🌲💚
Trochę się schłodziłem, tętno spadło poniżej 170. Marsz, żel + AleSalt i... do mety niespełna 8 km. Jak się okazało – najtrudniejsze w życiu. 🌪️
Najpierw po wyżłopanej wodzie i zjedzonym żelu, próbowała mnie sabotować kolka, nad którą na szczęście udało mi się zapanować.
Pomijając upierdliwy i wkurzający mały kamyk w bucie, który raz kłuł w paluch, a raz chował się gdzieś w wolnych przestrzeniach, 14. kilometr minął na podbiegu. Pokonałem go jeszcze biegiem, tak jak i kolejne 3 kilometry. Tętno już tak nie skakało, ale wiedząc, że 2h raczej nie dowiozę, wszedłem w tryb "save energy" i po prostu zwolniłem. 📉
W pewnym momencie trasa zawinęła w nieznane mi rejony lasów murckowskich. A tam? Trawa powyżej kolan, ścieżka niby lekko wydeptana, ale konarów i gałęzi schowanych pod zielenią nie brakowało... Włączyłem tryb "Pan Ostrożny" i na zmianę – to truchtem, to marszem – pokonywałem kolejne metry. Wtedy poczułem, że w łydce łapie mnie skurcz... Zażywam Aquon, przechodzi. Myślę: "Spoko, 3,5 km, jakoś dociągnę do mety". Czas na zegarku kręcił się chyba w okolicy 1h45min. ⏱️
Wróciliśmy na szerszy trakt. Próbuję dociągnąć do tych, którzy mnie wyprzedzili. Coś tam truchtam, ale nogi kategorycznie odmawiają współpracy. Tyle półmaratonów na koncie, a tu taki klops... 🛑
Gdzieś w okolicy 19. kilometra docieram na ostatni punkt odżywczy na trasie. Nagle słyszę, że ktoś się na mnie drze: 🗣️
– Co to za marsz?! Lecisz, meta za 2 kilometry!
To Paweł, ubrany w kieckę baletnicy, motywował mnie do walki! 💃 Wypijam pół kubka coli, dopijam wodą i... idę na ścięcie. Ostatni odcinek, dorzynki.
I na koniec to nieszczęsne Wzgórze Wandy. Dla nieznających topografii: najwyższe wzniesienie Katowic (356,7 m n.p.m.), a dla biegaczy – po prostu brutalny wysysacz ostatków energii. 🔋❌
Przyznaję bez bicia: przemaszerowane. Na szczęście razem z innymi biegaczami, więc przynajmniej nie było wstydu.
U szczytu wzniesienia w końcu pojawił się asfalt, z górki i już prosto do mety. Człowiek chciałby się rozpędzić, zafiniszować z klasą... Niestety. Nie dziś.
Cytując Gandalfa: "You shall not pass", choć może właściwsze byłoby "You shall not run" 🫣
20 kroków truchtu – skurcz! Jak nie łydka, to stopa. Chwila marszu, kolejna próba... Ktoś z kibiców krzyczy:
– Dajesz, końcówka, ostatnie 300 metrów! 🏁
Próba truchtu – prawa noga spięta od biodra, przez łydkę, aż po stopę, którą skurcze wykręcają do środka. Znowu idę. Myślę sobie: "Dobra, postaram się chociaż ładnie wbiec na linię mety...". Lewa łydka też już z lekkim przykurczem.
🏁 Meta!
Wybiegam, a raczej truchtam zza zakrętu. Widzę metę i czas 2h10min i ileś tam sekund na zegarze. Nie ma szans, nie rozpędzam się, każda próba idzie na próżno.
O ile na Dzikim Groniu czy na Ultra Rogo Hero, zalany emocjami, dostawałem niesamowitego kopa i na ostatnie 10 minut wszystko przestawało boleć, tak dziś na metę niemal wchodziłem. Chyba z potężnym grymasem bólu na twarzy, a ostatnie kroki stawiałem wyraźnie utykając na prawą nogę... 🤕
Oficjalny czas: 2h11min i jakieś tam sekundy.
Nogi wypłukane do zera. Medal zawisł na szyi. 🏅 Do tego pamiątkowa fotka i całkiem smaczna kanapka po biegu, którą dostałem od organizatora. Chwila rozmowy z Jackiem, który finiszował kilkanaście minut wcześniej. Niestety, potężne skurcze w nogach szybko zmusiły mnie, żeby na chwilę przysiąść na ławce.
Potem już tylko spokojny spacer do auta, powrót do domu i dalszy proces regulowania gospodarki elektrolitycznej organizmu – bo ze skurczami walczyłem jeszcze dobre 2 godziny po biegu. 🥤⚡
A sam bieg? Jak ekipa Stowarzyszenie W Kręgu Natury bierze się za organizację, to nie ma lipy! Wszystko super zorganizowane, trasa świetnie oznaczona, a trzy punkty odżywcze jak na półmaraton to był naprawdę pełen wypas, na bogato! Na każdym z nich świetna, uśmiechnięta ekipa wolo. 🙌
Ogólnie to bardzo fajna crossóweczka na tych Murckach, ale uprzedzam – nie jest łatwa... Kilka pagórków, typowo leśne tematy, szuter, kamienie, trawa. Jak ktoś jest nieostrożny, to pysk można strzaskać, o kolanach nie wspominając. 🦵💥
Jedyna satysfakcja z dzisiejszego dnia to po prostu ukończony bieg. Wstydu może i nie ma, ale wynik bezdyskusyjnie chowam głęboko między książki. 😉 📖