14/05/2026
Zastanawiasz się, dlaczego dzieci, które świetnie zdały do szkoły muzycznej, później radzą w niej sobie średnio lub wcale?
Spoiler: jeśli myślisz, że to dlatego, że zdolności muzyczne są tak niesamowicie wyjątkowe, że nawet w „muzycznej” mało kto je posiada, to rozczaruję Cię. Nie dlatego.
Czy zatem z procesem rekrutacji jest coś nie tak? To też nie musi być powodem, chociaż zazwyczaj, robiąc egzaminy wstępne, badamy tylko umiejętności, a nie same zdolności muzyczne.
Prawda jest taka, że jeśli chcesz osiągnąć najlepsze efekty, musisz wiedzieć dokładnie JEDNĄ rzecz. Proces uczenia się muzyki prowadzi przez kolejne STOPNIE. Nie da się przeskoczyć niektórych z nich, nie ocierając się o katastrofę.
A czym tak naprawdę byłaby ta katastrofa? Byłoby nią zniechęcenie dziecka z prawdziwym potencjałem do kontynuowania muzycznej edukacji.
Znasz to? Chłopiec o wysokich zdolnościach, syn muzyków, mówi, że nie chce już grać. Dziewczynka wyróżniająca się na zajęciach umuzykalniających w przedszkolu, w szkole muzycznej mówi, że muzyki nienawidzi. Chłopak, który kończy szkołę muzyczną jako laureat licznych konkursów, po ukończeniu "pierwszego stopnia" odkłada skrzypce i nigdy więcej ich nie otwiera.
Co poszło nie tak?
Prawda jest taka, że owszem, da się przeskoczyć niektóre STOPNIE i nadal mieć JAKIEŚ efekty w pracy z dziećmi. To będzie jakoś działać. Sęk w tym, że to przestanie być dla dziecka fajne. A Ty? Lubisz się uczyć rzeczy, które są niefajne? No właśnie.
I nie chodzi o to, że teraz musimy zabawiać dzieci i dostarczać im rozrywki zamiast uczyć. Chodzi raczej o to, by dzieci ROZUMIAŁY to, czego je uczymy. I to nie na poziomie intelektualnych definicji, a raczej muzycznego myślenia, doświadczania i możliwości współuczestniczenia w tworzeniu.
O co tu chodzi? Wyobraź sobie, że idziesz na bardzo mądry i wartościowy wykład zagraniczny. Wykładowca ma świetne opinie, a jego wystąpienia są oblegane. Problem polega na tym, że wykład jest w języku chińskim. A Ty po chińsku nie mówisz.
Albo wyobraź sobie, że chcesz nauczyć się greckiego. Jedziesz na intensywny obóz językowy: bez rozpraszaczy, zasięgu telefonów i… bez żadnej wstępnej znajomości języka. Pierwszego dnia otrzymujesz tekst do czytania. Stronę A4 zapisaną greckimi literami. Dostajesz ją jako pracę domową wraz z pierwszą stroną ze słownika, która pokazuje, jak czytać każdą z liter. Czy jesteś w stanie przeczytać sprawnie ten tekst? Nie? A jeśli otrzymasz też ołówek i możliwość podpisania sobie fonetycznie tych liter – czy wtedy go przeczytasz? Myślę, że tak, a gdy „poćwiczysz”, to przeczytasz go nawet bardzo sprawnie. Ale… czy rozumiesz, o czym jest ten tekst? Czy opowiesz go własnymi słowami? No właśnie.
Nie ma czytania bez umiejętności mówienia. Takie czytanie to dekodowanie. Nie ma w tym wyrazu, intonacji, życia. Tak czytana opowieść nie zaciekawi czytelnika.
Jak radzimy sobie z tym problemem w przypadku czytania i wykonywania muzyki? Uczymy dzieci mechanicznej interpretacji: tu zwolnij, tu powstrzymaj, tu zrób crescendo. Natomiast to, czego NIE uczymy, to samodzielne muzyczne MYŚLENIE. A potem dziwimy się, że dzieci nie frazują, nie „czują” muzyki, nie mogą nauczyć się jej na pamięć.
A Ty? Łatwiej nauczysz się na pamięć tekstu, który rozumiesz, czy mechanicznie odtwarzasz w nieznanym sobie języku?
Chcemy, by dzieci miały umiejętność głębokiego rozumienia tego, co grają, ale nie wiemy, w jaki sposób im to przekazać. Nas uczono imitowania, naśladowania po fragmencie, zatem w ten sam sposób uczymy dzieci, nie zdając sobie sprawy ze STOPNI, przez które dziecko musi przejść, by uczyć się skutecznie. Tak działa mózg – to neuronauka, nie jakaś nowa metoda czy życzeniowe myślenie. Mózg działał tak od zawsze. Problem jest taki, że uczelnie muzyczne uczą nauczycieli metod, czyli "jak uczyć" (a i to nie zawsze), nie mówiąc nic o tym, jak uczy się dziecko, w jaki sposób jego mózg przetwarza muzykę i jak tworzą się połączenia neuronalne odpowiedzialne za budowanie zdolności i umiejętnośsci muzycznych.
To, czego potrzebujesz, to poznać STOPNIE, przez które przechodzi dziecko ucząc się muzyki, by nauka była naprawdę efektywna.
Jeśli napiszę: „najpierw dźwięk – potem znak graficzny” i „najpierw praktyka – później teoria”, to pewnie nie zabrzmię jakoś mocno odkrywczo. Ale żeby opisać konkretnie wszystkie STOPNIE, przez które przechodzi mózg dziecka, ucząc się muzyki, musiałabym napisać tekst dziesięć razy dłuższy od tego.
Co dalej?
Wierzę, że tej systemowej katastrofy możemy uniknąć. Możemy przestać zniechęcać dzieci, które mają w sobie naturalny potencjał. Da się połączyć profesjonalizm i efekty z autentyczną frajdą, głębokim rozumieniem muzyki i ciepłą relacją, która karmi obie strony – i ucznia, i nauczyciela.
Często słyszę, że muzykalność to dar dla wybranych, dla tego jednego procenta najzdolniejszych. To nieprawda. Spójrz na inne kultury – w Afryce czy Ameryce Południowej na głosy śpiewają całe wioski. Tam nikt nie fałszuje i nikt nie gubi tempa, bo muzyka jest tam językiem, a nie zestawem regułek do wykucia. To nie kwestia szerokości geograficznej, ale podejścia.
Statystyka jest po naszej stronie: 84 procent społeczeństwa rodzi się ze zdolnościami wystarczającymi do tego, by tworzyć i wykonywać ambitną, ciekawą i piękną muzykę. Niskie zdolności to margines, zaledwie 16 procent populacji.
Skoro więc niemal każde dziecko, które spotykasz na swojej drodze, ma w sobie ten muzyczny silnik, to naszą rolą jest po prostu przestać sypać w niego piach. Bo muzyka nie jest czymś, co trzeba w dzieci wtłaczać – ona jest czymś, co wystarczy pomóc im zrozumieć.