Kana JACHT

Kana JACHT

Udostępnij

Klub żeglarski KANA Jacht w Tarnowie

Photos from Kana JACHT's post 09/08/2026

Za nami nasz kolejny mazurski obóz dla młodzieży.
Jak to było? Jak nam wiało? I jak się pływało?

No pięknie było, bo jakże inaczej może być na Mazurach? A żeglarsko? Przekrój przez każdy rodzaj pogody i każdy rodzaj portów: od klimatycznych i wręcz ekskluzywnych po chyba już zanikające bindugi, gdzie zaletą jest brak „cywilizacji”.

Ale po kolei…

Spotkanie w Warszawie jak w zegarku, dojazd i przylot co najmniej jakby zsynchronizowane przez wieżę kontroli lotu. Dalej trasą S7 do Olsztynka i Mrągowa (ten ostatni odcinek wciąż w budowie) i ostatnie kilometry lokalnymi drogami do Rynu. Port gwarny i tłoczny, w końcu to baza szkoleniowa kilku szkółek żeglarskich więc co kilka metrów grupy z bagażami i prowiantem oczekujące na odbiór swoich łódek i zamustrowanie na pokład. My również znaleźliśmy sobie kawałek miejsca i można ruszyć do bosmanatu aby dopełnić formalności odbioru jednostek. W tzw. między czasie załogi regenerują się w chłodzie tawerny sprawdzając jakość pizzy. A my okazało się że, mamy „chody”… udało się szybko i bez zbędnych formalności, dzięki wieloletniej współpracy łódki już nasze, a papierki mogą poczekać do jutra. Pakujemy się na okręty wraz z bagażami, zaopatrzeniem i całą masą dodatków. Gdzieś trzeba upchnąć kociołek (mam nadzieję, że się przyda), apteczkę (mam nadzieję, że się nie przyda), suchy prowiant, gotowe obiady do mikro lodówki, plecaki, torby, śpiwory a na końcu nas. Pojemne te jachciki jednak! Zmęczeni podróżą, uratowani chłodem wieczora próbujemy zakopać się w śpiworach i zasnąć. Niestety nie wszystkim się to udaje, zapewne rozentuzjazmowani rejsem nie wyczerpali jeszcze swoich pokładów energii i sprawdzają czy kadra aby na pewno już śpi. Śpi, śpi ale z jednym okiem otwartym i ustawionym na czuwanie J.

Rankiem sprawdzamy prognozy pogody i dostosowujemy do niej rejsowe plany, miał być „plażing” ale zamiast gorąca jest umiarkowane ciepło. Apel, a po nim wstępne szkolenie z zasad bezpieczeństwa, organizacji obozu oraz „ociupinka” żeglarskiej wiedzy – tak na sam początek. Po szkoleniu wynajdujemy na mapie klimatyczną zatoczkę na niedzielną mszę i ruszamy w rejs. Pierwszy odcinek nie za długi, tak w sam raz aby przypomnieć sobie żeglarskie powinności na jachcie lub dla nowych adeptów choć trochę zapoznać się z żeglarską codziennością. Dwie godziny później rzucamy kotwicę w zatoce Mrówki, spinamy nasze jachty razem i w tych nietypowych okolicznościach udajemy się na niedzielną mszę odprawianą przez ks. Dawida. Nawa w postaci pobliskiego pomostu, prezbiterium tworzy zakole trzcin a my, zaraz obok ołtarza czyli w kokpicie jednostki. Nietypowo, klimatycznie i z widokiem którego może nam pozazdrościć każda katedra. Po mszy ruszamy dalej, nasz cel to Stare Sady. Mały port należący do resortu Mikołajki. Tylko jeden pomost wbijający się w Tałty, niewielka ilość miejsc cumowniczych i oznaczone wieczorne strefy ciszy, przystrzyżone trawniki, elegancka restauracja, leżaczki przy brzegu, stonowana muzyka w tle. Milutko – to ta bardziej ekskluzywna wersja Mazur. Po dopłynięciu nasza codzienna rzeczywistość, klar portowy, obiadek, natryski. Wieczorem najedzeni i odświeżeni próbujemy coś poszantować. Ehh… jakoś nie idzie, może musi dojrzeć? Poczekamy do jutra.

Poranne prognozy pogody niezbyt optymistyczne, deszcz, zapowiedzi burz i wzmagający się wiatr a wraz z kolejnymi godzinami pogorszenie aury. System ostrzegawczy już do nas mruga i to wcale nie zachęcająco. Po apelu szybka decyzja – wypływamy niezwłocznie. Toaleta, śniadanie i plan na dzisiejszy dzień: kierunek Mikołajki – tam zakupy uzupełniające prowiant oraz składniki na planowany wieczorny kociołek w Niedźwiedzim Rogu. A później, zobaczymy dalej co z pogodą. Żeby było łatwiej i bezpieczniej, zwłaszcza dla osób które pierwszy raz na jachtach przy pomoście odpinamy bom od masztu i połowę roboty związanej z jego kładzeniem przy nieodległym przepływaniu pod mostami w Mikołajkach mamy za sobą. Odpalamy silniki, szykujemy sztormiaki i przed siebie! Ok. godziny 13 jesteśmy zacumowani w wiosce żeglarskiej Mikołajki. Ustalamy dwugodzinną przerwę na zakupy i ruszamy „w miasto”. Czyli, że my do Lewiatana… Załogi mają chwilę wolnego, więc rozchodzą w pobliżu portu wedle własnych potrzeb. Zakupy szybko zrobione teraz naszym zmartwieniem już tylko pogoda… Bosman przy keji dosyć sceptycznie podchodzi do naszych planów dalszej żeglugi, my analizujemy prognozy i znowu szybka decyzja: albo już albo nie wypłyniemy. Przyśpieszamy powrót załóg na jednostki i przy wzmagających się szkwałach odpływamy. Całkiem nieźle się spisały nasze załogi przy dosyć trudnym manewrze odejścia od pomostu, brawo. Bezpiecznie, skutecznie a do tego elegancko. Tylko bosman niepocieszony, że odpływa mu opłata za nocne cumowanie – spokojnie, jeszcze tu wrócimy. Jeziorem Mikołajskim płyniemy w kierunku Przeczki i wychodzimy na Śniardwy. Mijamy naszą awaryjną keję na Rogu Popielskim i płyniemy dalej. Wiatr tężeje, zaczyna padać oraz gwałtownie spada widoczność. Na trawersie Popielno – kolejna awaryjna miejscówka. Analiza pogody gdzie tylko się da, radar burz i burza mózgów: decydujemy się na dalszą żeglugę. Kanał do portu Niedźwiedzi róg już delikatnie majaczy na linii widnokręgu. Po godzinie majestatycznie wpływamy do portu. Gwarno, sporo jachtów… to już nie jest niestety ten „stary” Niedźwiedzi róg. Ma to też swoje zalety: zamiast chwiejących się drewnianych pomostów solidne y-bomy, do tego nowa tawerna, natryski i eleganckie toalety. Coś za coś. W wiacie którą planowaliśmy zająć już ktoś piecze kiełbaski. My wstawiamy tam swój kociołek, odbieramy od załóg posiekane warzywa, dokładamy pokrojone mięso i ze skippera szybka zmiana funkcji na cooka. Najpierw się nagrzewa… czekamy, później się smaży… czekamy, później się dusi… czekamy, później próbujemy, znowu dusimy i znowu czekamy. W zasadzie jeśli chodzi o nasz obiad to „czekamy” póki co jest głównym jego składnikiem. Ale jak otworzymy kociołek… przy takim długim czekaniu myślę, że obojętnie co by tam było, to i tak byłoby pyszne J. Może skoro pojedzeni to by tak szanta? Niestety dosyć głośne towarzystwo obok nie pozwoliło nam na zmierzenie się z żeglarską pieśnią. Znowu do jutra? Niestety chyba tak… ale jutro to już nie odpuścimy, choćby nie wiem co!

Poranny apel dobudza powoli wszystkich, choć mam wrażenie, że spóźnianie się co niektórych ma tylko na celu zaprezentowanie całej reszcie nienagannej techniki wykonania „pompek”. W naszym mniemaniu „za karę” a pompującym chyba jako popis siły i sprawności. Plan na rejs jest, teraz tylko do Neptuna – co by tych planów nie popsuł. A dzisiaj ma być odważnie: całe Śniardwy po przekątnej. Z Niedźwiedziego Rogu do Okartowa. Wiatr się wzmaga a prognozy wymagające uwagi. Wnikliwa analiza wszelkich prognoz i decyzja. Będzie dobrze! Wieje mocno, ale korzystnie dla nas, szkwały nie za intensywne, wiatr w miarę stały a opady przelotne. Przemkniemy Śniardwy torem wodnym jak po autostradzie. Naszego optymizmu nie podzielają za to jednostki pozostające w porcie z obawy przed warunkami. Ale tylko nieliczne. Na jednostki i pada komenda: „klar do wyjścia!” Śniardwy czekają! A do tego witają nas solidnym wiatrem i falami. Pięknie jest! Na trawersie zostają wyspy: Pajęcza, Czarci oraz Szeroki Ostrów. Nagle spada widoczność, niebo zasłaniają chmury a brzegi znikają w mgle oraz kroplach deszczu. Do tego buja! A my baksztagiem gnamy… jak szkuner „I'm Alone”. Gdyby nie pojawiające się oznaki choroby morskiej u załóg można by tak w kółko pływać. Po godzinie się uspokaja, nawet wychodzi słońce i… po zabawie, już tylko łatwo, miło i przyjemnie… Ok. 16 Okartowo przed nami, mała kejka pośrodku niczego, ups! jeszcze szałas bosmana i toalety z natryskami. Coś jednak jest. Hmmm; i hamaki jeszcze, i widok na jezioro radujący oczy. Pięknie! Pięknie, pięknie ale zjeść coś trzeba, a najlepiej usmażyć wieczorem bo mamy plan na ognisko. Ruszamy do odległego sklepiku… jedynego w tej okolicy. Jak się później okazuje, wykupujemy oraz rezerwujemy na następny dzień cały zapas sklepowej kiełbasy… taki to sklep! Ale za to jaki smalczyk ozorkowy mają! Palce lizać. Jeszcze tylko zdążyć na prysznic, bo czynny tylko do 20 i można stroić gitary. A wieczorne ognisko zapowiada się wyśmienicie, Bosman gości swoich muzykujących przyjaciół i oczywiście dostaliśmy zaproszenie do przyłączenia się do wieczornego szantowania. 3 gitary, akordeon, saksofon, ukulele i cajon! Toż to prawie orkiestra, szanty, pieśni ludowe oraz bałkańskie rytmy długo rozbrzmiewały nad brzegiem jeziora. Warto było poczekać, rozumiemy że, to taki rewanż Neptuna za brak możliwości szantowania wcześniej. Wręcz z nawiązką! Podoba się nam! Nawet ciszę nocną ktoś ukradł żeby nie było wiadomo kiedy trzeba iść spać. I dobrze jej tak…

Płynęli, płynęli, płynęli i dopłynęli! Ale teraz trzeba z powrotem i do tego nie wieje już tak solidnie! A odcinek do przepłynięcia znacznie dłuższy niż ostatni. Dzisiejszy nasz cel to port Mila w Kamieniu na Bełdanach. W zasadzie, to nie musimy się tak bardzo spieszyć bo nasza impreza na którą się chcemy załapać to „piana party” które okazało się, że rozpoczyna się dopiero o 21.30. Zdążymy! Tylko trzeba pilnować żeby ciszy nocnej nam nie oddali. Apel, toaleta i śniadanie. Oczywiście do tego wyborna kawa dla sterników jak zawsze przygotowana przez Zosię i Mirabel. Odebrać jeszcze kiełbaski ze sklepu i ruszamy. Do Okartowa był expres wodny a z powrotem wyścig „ślimaków”: trochę powiało, przestało, trochę popadało, zachmurzyło się, rozpogodziło i tak na zmianę. Wlokąc się po wodzie ok. 16 docieramy dopiero do Rogu Popieskiego. Szybkie cumowanie na toaletę i dalej na Bełdany. Wiatru jak na lekarstwo. Odpalamy silniki i kierujemy się wprost na pomost. Dobrze, że przezornie zarezerwowaliśmy miejsca bo mogło być z nimi „krucho”. Ok. 17.30 pada komenda „tak stoimy”. Szybko wykonujemy obowiązkowe prace: kambuz, klar portowy oraz zmywanie. Później chwila relaksu. Ośrodek Mila ma co zaproponować: basen, whirlpool bath, plaża, leżaki, sale gier, strzeżone kąpielisko z „dmuchańcami” – jest gdzie i jak przetrwać to tej 21. A później scena, DJ z muzyką, światła, lasery i morze: tym razem morze piany. A cisza nocna się nie znalazła, więc korzystamy ile się da J.

Wreszcie ciepło, wreszcie plaża i do tego kąpielisko z atrakcjami. Postanawiamy skorzystać. Po apelu przesuwamy czas wypłynięcia z portu na 13, szykujemy stroje kąpielowe ręczniki i „PLAŻING”! Należy się nam, za te Śniardwy. Tym bardziej, że możemy sobie na to pozwolić bo dzisiejszy odcinek do przepłynięcia krótki: nasz cel to Mikołajki i port Ekomarina. Do tego brak wachty kambuzowej bo dzisiaj obiad „na wypasie”: idziemy do pizzerii. Po 13 na wodzie, spokojna zatoka zachęca dodatkowo do zabawy w wodzie, a żar z nieba wręcz do tego obliguje. Każdy ma swoje kilkanaście minut w przyjemnie chłodnej wodzie ciągnięty za jachtem na jakimś „pływadełku”. Bełdany na silniku, Mikołajskie półwiatrem i nawet nie wiedzieć kiedy jesteśmy już przed pomostami Ekomariny. Cumowanie, klar portowy i szybkie zebranie organizacyjne. Plany uzgodnione: załogi mają chwilę wolnego a my idziemy potwierdzić rezerwację stolików w pizzerii oraz znaleźć paczkomat z naszymi koszulkami. Pierwsze łatwo, a drugie… znam teraz chyba lokalizację większości paczkomatów w Mikołajkach! Nie ufaj do końca Wujkowi Google! No albo mu czymś podpadłem, albo to jakaś nagroda: bo mnie pogonił na wycieczkę krajoznawczą szlakiem Mikołajskich paczkomatów. Na szczęście na pizzę zdążyłem! I to z koszulkami. Co prawda właściciel lokalu się zmienił, szyld też i zamiast swojskiego „Pierożka” pojawił się światowy „Marco Polo” ale pizza wciąż niezła. Pojedzeni, rozleniwieni całodziennym słońcem powoli kierujemy się do naszej mariny. Wieczorna niższa temperatura przyjemnie schładza rozpaloną całodziennym słońcem promenadę i nas przy okazji też. O 23 cisza… ale nie że u nas, my co prawda grzecznie siedzimy sobie na jachtach ale nie śpimy, więc nie całkiem cicho, ale Mikołajki to chyba odnalazły naszą zagubioną ciszę nocną. Pusto, wszystko wy zamykane, czasami snuje się jakiś spóźniony żeglarz, umilkły głosy koncertów, tawern, restauracji, dziwnie. To na pewno Mikołajki? Bo pamiętam jak kiedyś… ale to chyba wspomnienia na inną relacje. Wobec tego przyłączamy się do Mikołajek i zakopujemy się w śpiworach.

Perfidnie i w sposób niezauważalny. Podkradł się do nas! Nieoczekiwanie i z zaskoczenia. A my nawet tego nie zauważyliśmy, jak dzieci daliśmy się podejść… OSTATNI DZIEŃ REJSU! No cóż; musimy stawić temu czoła, najlepiej na apelu i najlepiej w nowych koszulkach J. Rozbudzone załogi po spotkaniu pędzą na poranną toaletę, a my z Jackiem przebieżka na drugi koniec Mikołajek. Trudno, jak się rozsmakowało w wędzonych sumach z mikołajskiego gospodarstwa rybnego to się tak ma. Zmieściliśmy się z dostawą przed planowanym śniadaniem, do tego świeże pieczywo i czas na ucztę. Początkowe „kręcenie nosem” na wędzoną rybę zamieniło się w łapczywe wybieranie resztek mięsa spomiędzy pozostawionych ości. Wyborne śniadanie! Klar do wyjścia i ruszamy w kierunku naszego portu macierzystego. Szybko odpinamy jeszcze bom od masztu stojąc przy pomoście, będzie łatwiej za moment i odbijamy. Maszt położony, maszt postawiony – sprawnie, bezpiecznie i szybko. Rozwijamy foka i płyniemy na Cypel św. Huberta. Tam po zacumowaniu zażywamy odrobiny ochłody na piaszczystym i zacienionym brzegu, taplając się w wodach Tałt. Po dłuższej chwili rwiemy kotwicę i w drogę. Reszta Tałt na jednym halsie, trochę zabawy w szyjce i przy wyspach na Ryńskim. Nie śpieszy nam się tak bardzo. Byle przed 17, bo na tą godzinę zamówiliśmy obiad dla załóg w tawernie. Więc możemy leniwie hals za halsem, powoli zbliżać się do Bocianiego Gniazda. Timing jak w zegarku, cumowanie (w szuwarach i przy dalbach ale za to przed samym whirlpool bath żeby wieczorem było bliżej), klar i gotowi. O 17 kuchnia podała obiadek. Czas niby wolny, ale musimy powoli ogarniać również pakowanie się, jutro należało by sprawnie i w godzinach porannych (do 10) opuścić jednostki. Dzielimy obowiązki pół na pół z zachęcającą do kąpieli plażą. Na godzinę 21 zarezerwowane to wspomniane wcześniej whirlpool bath. I dlatego te szuwary… bo blisko! Do tego dzięki zaprzyjaźnionemu szefostwu portu czas w balii nas nie goni. Mamy wyłączność. I tak się powinno kończyć każdy rejs! Relaks w bulgoczącym basenie z widokiem na port i jezioro. Nawet nie chcemy zaśmiecać sobie myśli że jutro kilkanaście godzin za kierownicą w samochodzie. Ale to dopiero jutro, dzisiaj chillout, aż do ciszy nocnej która się odnalazła w Mikołajkach.

Niestety ostatni dzień już mało ma wspólnego z żaglami, no chyba że przez bosmana, który przy odbiorze łódki sprawdza czy nic nie uszkodzone. Ostatni apel i później lekko nerwowe pakowanie się, sprzątanie, wyciąganie spod pokładu wszystkich obozowych gratów. W międzyczasie do łazienek i po drodze złapać jakąś kromkę ze śniadania. Jeszcze dostarczyć walizki z bagażnika i podstawić transport w pobliże keji. I jeszcze jachty przestawić na swoje miejsce przy przypisanym im pomoście. Dużo tego „jeszcze” a wszystko ma być zrobione do 10. Uff! Udało się, teraz tylko czekamy na odbiór jednostek i ew. rozliczenie strat. A straty się niestety znalazły: tu nie ma talerzy, tu łyżek, i jeszcze noże się gdzieś zapodziały, i okazało się że listwa w żaglu pękła… bywa… Niestety też pojawiło się na końcowym rachunku, bywa…ło gorzej J. Jak się pływa to i przy przechyle zastawa leci… taki rejs! Rozliczeni, pożegnani i zapakowani. Z niektórymi już się rozstajemy w Rynie a reszta do samochodów. Kierunek Warszawa. I to najlepiej jak najszybciej, żeby nie trafić na wieczorne uroczystości z okazji rocznicy wybuchu powstanie Warszawskiego. Jednych trzyma w napięciu godzina odlotu samolotu a drugich czas opuszczenia stolicy. Wybieramy punkty spotkań z opiekunami naszych załogantów tak aby nie musieć pakować się do centrum miasta. O godzinie 17 Warszawa zamiera na moment, ruch został wstrzymany a dokoła rozbrzmiewają syreny. Tak rozpoczęły się rocznicowe uroczystości. Przed nami za to ostatni już punkt zborny i ruszamy na południe. Teraz do Bochni. Godzina 22.00 na miejscu. Ostatnie pożegnanie i możemy zmykać do domu, jeszcze tylko przez Dębno, żeby oddać naszego busika który nas dzielnie przetransportował z Mazur.

I to byłoby na tyle.

To co? Przespać się i z powrotem?

Dziękuję wszystkim na wspólny rejs, za Wasz czas, trud i chęci do poznania tej niełatwej sztuki żeglowania. Za wspólne przechyły, posiłki, apele i poranną kawę. Mam nadzieję że Mazury jeszcze nie raz Was zwabią łopotem żagli i pluskiem mazurskiej fali. Podziękowania również dla Rodziców, za zaufanie i odrobinę odwagi. I dla Kadry, która poświęciła swoje urlopy aby przeżyć nasz kolejny klubowy rejs wspólnie. Wspólnie z Wami, nami - po prostu razem. Dziękuję.

Pozdrawiam
Robert

Chcesz aby twoja firma była na górze listy Siłownia I Obiekt Sportowy w Tarnów?

Kliknij tutaj, aby odebrać Sponsorowane Ogłoszenie.

Lokalizacja

Kategoria

Telefon

Strona Internetowa

Adres


Tarnów
33-100