24/08/2026
śp. Mieczysław Rutyna
Dziś w Chicago odszedł na niebieskie stadiony nasz wielki, starszy kolega śp. Mieczysław Rutyna...
Jeden z najważniejszych i najbardziej zasłużonych członków naszego Związku.
Mieczysław Rutyna, ur. 29.05.1931, chodziarz, olimpijczyk Mieczysław Rutyna. Mieszkał naprzemiennie - w Tarnobrzegu(lato), i w Chicago(zima).
Notowany od MP 1991 w Kielcach, inicjator i współzałożyciel Związku(PZWLA). Pierwszy start z weteranami zanotował podczas VIII MŚ 1989 w Eugene USA). W kilkuosobowej ekipie z Polski Mietek wystartował razem z legendarną „złotą” Elą Krzesińską. Kiedy dowiedział się o zasadach ruchu weterańskiego Mietek zapisał „Polskę” do WAVA, opłacił wpisowe, czym dał podwaliny pod tworzący się ruch weterański w kraju.
Podczas startów w MP Mietek wywalczył mnóstwo tytułów i medali, podczas startów w MŚ/ME wywalczył 24 medale (9+10+5), zajmując ósme miejsce w rankingu 30 – lecia Związku. Z Mietkiem spędziliśmy razem 2 tygodnie, podczas MŚ 2005 w San Sebastian., mieszkając w fajnym apartamencie w baskijskim mieście Beasain, niedaleko San Sebastian. Mietek, był bardzo sympatycznym człowiekiem, siła spokoju, dżentelmen w każdym calu...
Niestety, ostatnio z nami nie startował, problemy zdrowotne zmusiły GO do ograniczenia ruchu, czyli treningów i startów...wielka szkoda...
Nasz znakomity kolega ma przebogate sportowe CV.
Przypomnę raz jeszcze wspomnienia naszego Mistrza, które w roku 2005 spisał specjalnie dla nas.
"Było to jesienią 1946 roku w Liceum im. Hetmana Jana Tarnowskiego w Tarnobrzegu, kiedy to po raz pierwszy zetknąłem się ze sportem. Do tej pory, jak każdy młody chłopak wiejski, miałem już dobrą zaprawę fizyczną. Jak zwykle w gospodarstwie, ciągle trzeba było coś robić. Jak nie rąbać drzewo, to ciąć sieczkę, kończyć na stepie, przy tłuczeniu prosa na kaszę jaglaną, albo wreszcie obracać ciężki kamień żarn przy mieleniu zboża na chleb. Najcięższa jednak była młocka, bo młóciło się cepami. Przy tej pracy trzeba było utrzymywać równomierny rytm, zwłaszcza, gdy młóciło się we trzech. Nieraz, kiedy starsi chcieli nam pokazać co potrafią, przyśpieszali tempo i wtedy tylko prosiłem Boga, aby przy moich cepach zerwało się wiązadło, bo przy naprawie można było trochę odpocząć. Drugą formą zaprawy było rzucanie rożnym „sprzętem” w grze w palanta i bieganie. Z rzucaniem było najwięcej kłopotów, bo odbywało się codziennie, a „sprzętu” leżało na drogach pod dostatkiem. I tu, jak nie rozbite okno, to potłuczone dachówki na zabudowaniach, a już najgorsze było, gdy jakiś przechodzień przeciął lot kamienia. W naszej szkole podstawowej nie było mowy o sporcie. Do Gimnazjum w Tarnobrzegu, pierwsze trzy miesiące, chodziłem pieszo, pokonując codziennie około 18 kilometrów. W klasie, do której należałem, było kilku kolegów, którzy byli w sporcie zaawansowani, grali w piłkę nożną, siatkówkę, uprawiali też lekką atletykę. Wśród nich byłem zupełnie zielony, ale za bardzo ambitny, aby ich treningom biernie się przyglądać. Pod okiem profesora WF, Pana Sawarskiego zacząłem trenować rzuty : dyskiem, oszczepem i granatem, tak że wrotce byłem już w pierwszej trojce szkolnych miotaczy. W tym czasie zapisałem się do klubu OGNIWO i tam, przy pomocy trenera St. Sudoła poprawiałem swoje umiejętności. W 1947 roku znalazłem się w reprezentacji Ogniwa na Mistrzostwa Województwa Rzeszowskiego w la. Na zawodach tych wywalczyłem, niestety, tylko czwarte miejsce w rzucie granatem, zdobywając II klasę państwową w sporcie. Na jesieni w roku 1947 po raz pierwszy wystartowałem w chodzie sportowym na dystansie 10 km, a były to Mistrzostwa Powiatu w Marszach Jesiennych. W zawodach tych każdy zawodnik musiał maszerować z karabinem, co sprawiało nam sporo trudności. Wystartowaliśmy bardzo szybko i już po dwóch kilometrach zacząłem odczuwać ból kostki. O wycofaniu się z konkursu nie było mowy, co było zasługą prof. Sawarskiego, który zawsze nas przed tym przestrzegał. Zwolniłem więc nieco i myślałem, jak ratować się na własną rękę. Po kilku minutach ból nieco ustąpił, przyśpieszyłem i zacząłem odrabiać straty do prowadzących. Wielu z nich zaczęło odczuwać ten same problemy z kostką co ja, ja natomiast wyszedłem na prowadzenie i wygrałem chód z czasem 59, 14 min., z czego się bardzo cieszyłem. W dwa tygodnie później wygrałem Mistrzostwa Województwa. Jeszcze kilka razy wystartowałem w Marszach Jesiennych. W roku 1950, po zdaniu matury, zdałem też egzamin wstępny na Wydział Rolny Uniwersytetu we Wrocławiu. Na uniwersytecie, należąc już do tamtejszego AZS, uprawiałem nadal rzuty i startowałem w marszach, trenując pod okiem trenerki G. Cejzik. Po studiach otrzymałem nakaz pracy w Środzie Śląskiej, gdzie pracowałem jako zootechnik w Wydziale Rolnictwa i Leśnictwa. W tym czasie zmieniłem przynależność klubową na Ludowe Zespoły Sportowe. W 1954 roku wystartowałem w Mistrzostwach Polski LZS-ów w Białymstoku. W chodzie na 10 km wygrałem na finiszu z renomowanym chodziarzem z Poznania F. Gerwazikiem. Od tego czasu startowałem już tylko w chodzie sportowym. W kwietniu 1956 roku zostałem powołany na oboz kadry narodowej do Spały. Trenerem licznej grupy chodziarzy był Z. Szelest i on nauczył mnie poprawnej techniki chodu. Po trzech tygodniach obozu wystartowałem w I Eliminacjach Olimpijskich we Wrocławiu. Po raz pierwszy startowałem na długim, bo 20 km dystansie i z czasem 1 h 42 min 30 sek zająłem V miejsce. W ten sposób wypełniłem (lepiej o 1 min 30 sek ) normę na I klasę sportową. Po zawodach tych powołany zostałem do reprezentacji Polski na Memoriał Janusza Kusocińskiego w Warszawie. Tutaj, w silnej obsadzie międzynarodowej wywalczyłem 8 miejsce, będąc drugim zawodnikiem Polski. W roku 1959 wyjechałem do Stanów Zjednoczonych i kontynuowałem treningi chodziarskie. Lecz tu nie miałem szansy uczestniczyć w obozach i startować w wielu imprezach, w w miastach położonych setki mil od Chicago. Mimo tego, mimo braku pieniędzy, trenowałem intensywnie, nie będąc gorszy od bogatych chodziarzy amerykańskich. W 1963 roku do Chicago, na mecz z USA, przyleciała reprezentacja Polski w lekkiej atletyce. Jakże wielka była radość ze spotkania ze starymi kolegami. Codziennie, po pracy, jeździłem do miejsca ich zakwaterowania, by się nimi nacieszyć. Kilka dni po meczu odjeżdżali do kraju, a przy pożegnaniu mój stary kolega Tadeusz Rut powiedział : nie martw się, że odjeżdżamy, trenuj mocniej, a spotkamy się na Igrzyskach Olimpijskich za rok, w Tokio. Zawsze marzyłem, aby wystartować w tak wielkiej imprezie i słowa kolegi dodały mi odwagi i otuchy, aby spróbować mocniej potrenować. Od tego czasu istniały dla mnie tylko praca i trening. Nie było to wcale łatwe, gdy po 10 godzinach pracy udawałem się na 3 godzinny trening. Powrót do domu, przespać się i znów do pracy i na trening. Tak upłynęło kilka miesięcy. Wreszcie, w sierpniu 1964 roku, wystartowałem w Mistrzostwach CAAU w chodzie na 50 km, uzyskując czas 4 h 25 min 14 sek., co dało mi przepustkę do startu w IO w Tokio. Uciecha była bardzo wielka. Teraz ostatnie przygotowania do startu. Niestety, już w Tokio, będąc w dobrej formie, tuż przed startem na 20 km, zachorowalem. Lekarze bardzo starali się pomoc mi, ale choroba bardzo mnie osłabiła i zająłem dopiero 26 miejsce. Po kilku dniach wystartowałem
na 50 km i tu - z niewiadomych dla nikogo przyczyn - zostałem zdyskwalifikowany na 19 km. Kolega z Chicago, który ze mną startował powiedział mi później, że stało się to za przyczyną złotego medalisty z Rzymu, Thomsona. Thomson kwalifikował z innymi sędziami zawodników trenujących na bieżni we wiosce olimpijskiej. O mnie powiedział, że nie podoba mu się mój chód, nie uzasadniając bliżej, o co chodziło. Domyślam się, że chodziło o to, że jako P***k mieszkający w USA, nie startowałem w barwach Ameryki. W roku 1968 było drugie podejście do startu na Igrzyskach Olimpjskich w Meksyku. Będąc w stałym kontakcie z kolegą Hausleberem, który trenował meksykańskich chodziarzy, planowałem wyjazd do Meksyku, na kilka tygodni przed Igrzyskami. Miałem na to zgodę mojego zakładu pracy, zakwaterowanie dawał mi Hausleber. Mimo takich dogodności PKOL nie zgodził się na mój start. Byłem załamany i przestałem prawie zupełnie trenować. Po dwóch tygodniach ktoś zmienił decyzję sekretarza PKOL i dostałem telegram, że jadę do Meksyku. A działo się to zaledwie na 6 dni przez startem na 20 km. Brak aklimatyzacji zaważył na moich wynikach. Byłem dopiero 26 na 20 km i 22 na 50 km, czyli grubo poniżej moich oczekiwań i możliwości. Na Igrzyska Olimpijskie do Monachium, a roku 1972, już nie pojechałem, chociaż spokojnie wywalczyłem minimum olimpijskie. Na moje miejsce pojechało dwóch działaczy. W roku 1973 po raz ostatni wystartowałem, jako senior, w chodzie na 20 km. Tak zakończył się mój pierwszy etap kariery sportowej. W lutym 1989 r. zadzwoniła do mnie Elżbieta Krzesińska, pytając czy jeszcze trenuję i czy nie chciałbym wystartować w Mistrzostwach Świata Weteranów. Zawody te, odbywały się w sierpniu 1989 r. w amerykańskim mieście Eugene. Powiedziała też, że ona, z mężem Andrzejem zamierzają tam wystartować. Organizowała ona zawodników mieszkających na stałe w USA, którzy mieli dołączyć do ekipy, która miała przyjechać z Polski. Na nic zdały się moje tłumaczenia - masz schudnąć i potrenować powiedziała złota Ela. Zacząłem pomału trenować, ale waga - 104 kg - oraz długa przerwa w treningach, zrobiły swoje. Początkowo, z uwagi na możliwe kontuzje, trenowałem bardzo ostrożnie. Do Eugene jednak pojechałem, jak Eli obiecałem. Cóż dodać 21 miejsce na 20 km i 15 na 5 km. Ale wyniki te zdopingowały mnie do podjęcia wyzwania, wszak startowałem na Igrzyskach Olimpijskich, a to do czegoś zobowiązuje. Bakcyl sportowy pozostał, staram się trzymać wagę i umiejętnie trenować. Podczas XVI Mistrzostw Świata w San Sebastian, które rozegrane były w sierpniu 2005 wywalczyłem brązowy medal w chodzie na 50 km, mimo bolesnego upadku i zranienia. Podczas XV Mistrzostw Europy, które rozegrane były w mojej Polsce, wywalczyłem 2 medale : w chodzie na 5000 m byłem drugi, na dystansie 20 km byłem pierwszy. W rok później, podczas XVII MŚ w Riccione w roku 2007, startując już w nowej kategorii wiekowej wygrałem obydwie konkurencje : chód na 5 000 m oraz na 20 km. Podczas XVI ME w Lublanie wygrałem dystans 5 000 m, byłem drugi na 20 km. Z powodu uciążliwej kontuzji nie wywalczyłem medalu podczas XVIII MŚ w Lahti, gdzie zająłem dopiero 6. miejsce w chodzie na 20 km. Podczas ME 2012 w Zittau Mieczysław wywalczył 2 złote medale w chodzie na 5000 m i 20 km.
Kolejne starty, kolejne medale. Medali, które wywalczyłem na Mistrzostwach Polski, już nie próbuję nawet zliczyć. Od roku 1989, w których po raz pierwszy uczestniczyłem w MŚ (Eugene) oraz w ME wywalczyłem w sumie 24 medale, w tym 9 złotych i 10 srebrnych. Każdy medal ma swoją historię każdy cenię wysoko, ale każdy medal nieco inaczej.
Historię powstania Związku, opis zawodów, wiele innych informacji znajdziemy w wydanej w 2020 książce „ # # # – lecie PZLAM 1990 – 2020”.
Żegnaj Drogi, niezapomniany Kolego !
Część Jego pamięci.