08/12/2025
Mało jest dla mnie na świecie rzeczy tak pięknych, jak możliwość zatrzymania rozpoczynającego się na moich oczach cyklu przemocy.
To umiejętność, którą w pracy facylitatorki przestrzeni ćwiczyłam latami. Jestem z tej umiejętności ogromnie dumna.
Gdy wchodzimy w przestrzenie zdrowienia i rozwoju, wchodzimy w nie całymi swoimi ciałami. Ciałami, które niosą rany, radości, perspektywy, wstydy, dumy i bóle. Ciałami, które latami uczyły się jak sobie radzić w świecie takim, jakim on jest. Ciałami, które niosą w sobie systemy, w których żyją.
Ciałami, które dla ochrony siebie nauczyły się uciszać swoje „nie”.
Ciałami, które nauczyły się sięgać po manipulację, bo była to strategia, za którą były najmniej karane.
Ciałami, którym zostało przekazane, że ich wartość zależy od tego, czy będą sobie brać bez pozwolenia – przestrzeń, zasoby, ciała innych ludzi.
Ciałami, które nauczyły się traktować siebie jako maszyny produkcji rezultatów.
Ciałami nauczonymi odgrywać swoje role.
Ciałami, które są zmęczone, które stawiają opór, które próbują jak mogą czuć to, co zakazano im czuć.
Ja też jestem jednym z tych ciał.
Gdy zaczynałam tworzyć przestrzenie kontaktu ze sobą i sobą nawzajem, gdy zaczynała się w nich rozgrywać powtarzalna, napędzana systemami wyzysku dynamika przemocy, moje ciało – nauczone, że nie mam mocy – truchlało. Spłycało oddech, zmniejszało ruch, zawężało pole widzenia, zwiększało krążenie krwi, podnosiło temperaturę.
To takim ciałem stopniowo uczyłam się, że mam moc i mogę z niej korzystać.
Z początku – na wdechu, wpadając w wyuczoną pracę interpretacyjną i świetnie wyćwiczoną empatię i rzadko skutecznie.
Z czasem – z wyregulowanym systemem nerwowym, w poczuciu mocy i często zduszając przemocową dynamikę w zarodku.
W przestrzeni, którą tworzę wolno mieć własne przekonania na temat świata i preferencje, ale gdy mówię o tym, że patriarchalny podział ról krzywdzi wszystkich, utrudniając kobietom branie i inicjowanie, mężczyznom pozwalanie i bycie obiektami pożądania i karząc wszystkich, którzy nie chcą dać się wpisać w żadną z tych dwóch kolumn – wolno widzieć rzeczy inaczej niż ja i wolno o tym mówić, ale okraszona szerokim uśmiechem i wypowiedziana niskim, gardłowym tonem odpowiedź „co to za sarna, co sama głowę pod topór podkłada” spotka się z twardą granicą.
W przestrzeni, którą tworzę wolno nie wiedzieć o co chodzi z tymi całymi zaimkami. Wolno odczuwać najróżniejsze emocje w związku z tematem różnorodności płciowej i tożsamościowej. Śmichów-chichów z zaimków onu/jenu natomiast tu nie będzie.
W przestrzeni, którą tworzę wolno mieć trudność z tym, że osoba partnerska nie miewa orgazmów podczas wspólnego seksu, ale nazywanie jej_go „wybrakowanym_ą” nie przejdzie.
W przestrzeni, którą tworzę wolno doświadczać złości i smutku, bo z byłą partnerką nie udało się wspólnie stworzyć konsentu wokół seksu. Wolno doświadczać zagubienia wokół tego, jak w przyszłości mieć konsensualny seks, jak budować zaufanie, jak wspólnie mierzyć się z tym, że jesteśmy ludźmi, którzy radzą sobie najlepiej, jak mogą. Ale robienie współuczestniczkom warsztatu wykładu o tym, że czy wy jesteście dorosłe, bo jak się nie nauczycie mówić "nie", to przez was wszystkich nas facetów pozamykają – nie wydarzy się, bo zatrzymam ten wykład w połowie pierwszego zdania.
Od kiedy osiadła we mnie świadomość tego, jaką mam władzę w przestrzeniach, które tworzę i jakie obowiązki się z nią wiążą, chronienie będących w mojej przestrzeni ciał przed reprodukowaniem wobec siebie i siebie nawzajem systemowej przemocy stało się znacznie łatwiejsze.
Nikt mnie tego na żadnych studiach i kursach nie nauczył. Żadne psycho-sekso-coacho-terapeutyczno-konsentowo-traumoświadome szkolenia, na których byłam nie mówiły o tym, jak korzystać ze swojej władzy, by stawiać tamy systemowej przemocy. Nauczyłam się tego sama, głównie korzystając ze swojego przywileju znajomości języka angielskiego. Ucząc się, czytając, słuchając i łącząc kropki między myśleniem systemowym, konsentem, wiedzą o władzy i korzystaniu z niej i wiedzą o facylitowaniu grup.
Z posiadaniem władzy łączy się obowiązek troski wobec osób, które tej władzy zaufały. Jednym z elementów troski jest stawianie tam systemowemu wyzyskowi – na tyle, na ile to możliwe – i zatrzymywanie przecieków, gdy się nieuchronnie zdarzają.
W większości przypadków oznacza to skierowanie gniewu systemu na siebie.
Oznacza to stanięcie między ciałami wikłanymi w reprodukcję przemocy a zasilającym ją systemem i skierowanie uwagi na siebie.
Powiedzenie „Nie. W tej przestrzeni to nie będzie mieć miejsca.”
Powiedzenie tego do opresyjnego systemu i do osoby lub osób, których ustami płynie jego narracja.
Przytrzymanie reprodukującego się procesu, chwycenie go i zatrzymanie. Zaryzykowanie, że to na moim ciele skupi się gniew systemu, któremu psuję zabawę. Że któreś z obecnych ciał da temu gniewowi głos.
Bycie taką tarczą to ciężka praca, a gdy udaje się zatrzymać reprodukcję przemocy – jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakich było mi dane na tym świecie doświadczyć.
Obecnie, wchodzenie do przestrzeni rozwojowych, w których ktoś inny ma więcej władzy niż ja i nie wypełnia obowiązku troski – a takich przestrzeni jest w bród – jest dla mnie ogromnie trudne. Gdy osoba mająca najwięcej władzy chowa się i zleca mi zajęcie się przestrzenią, gdy od początku nie stawia porządnej tamy „bo przecież wszyscy jesteśmy dorośli i każdy odpowiada za siebie”, gdy „nie rozumie” i jednocześnie nie zadaje pytań, by zrozumieć, gdy z rozbawieniem patrzy na to, jak moja tarcza w jej przestrzeni rozbija się w pył, nie mając wsparcia, po czym próbuje obrócić to w „cenną lekcję dla nas wszystkich” – wyjście zostaje jedno. Wyjść.
Wychodziłam wielokrotnie.
Samotnie.
Szłam spać i płakać.
Opłakiwać kolejną wspólnotę, którą się zachwycałam, w której chciałam odnaleźć swoje miejsce, a w której nie udało mi się zatrzymać reprodukcji przemocy.
Opłakiwać taką, która nie była nigdy moja, ale w której próbowałam facylitować zwiększanie poczucie bezpieczeństwa, a która pozostała przy głębokim, rytualnym wyzysku, bo rezygnacja z niego oznaczałaby podanie w wątpliwość ukrytych dynamik władzy.
Opłakiwać te, o których słyszałam historie od swoich klientek-ekspertek, po których to historiach wykreślałam kolejne potencjalne miejsce nauki z listy.
Gdy mam dużo wpływu, sprzeciw wobec przemocy oznacza umacnianie tamy i podnoszenie tarczy, by chronić przestrzeń, którą tworzę i osoby, które mi zaufały.
Gdy więcej wpływu ma ktoś inny, sprzeciw wobec przemocy oznacza propozycje tamowania, podnoszenie tarczy by chronić siebie i innych oraz wychodzenie.
Sprzeciw wobec przemocy oznacza częste samotne wyjścia.
Umiem stawiać tamy, podnosić tarczę i korzystać ze swojej mocy, by zatrzymywać przemoc.
Teraz wychodzę. Idę opłakiwać przestrzenie, w których spotykam granice swojego wpływu. Idę uczyć się odkładać tarczę.
*Zdjęcie, na którym prowadzę szkolenie z prowadzenia warsztatów - szkolenie, które stworzyłam po to, by pomagać innym prowadzącym tworzyć bezpieczniejsze przestrzenie, świadomie korzystać ze swojej władzy, budować tamy, radzić sobie z przeciekami. Ostatnią edycję poprowadzę w pierwszej połowie stycznia w Instytucie Pozytywnej Seksualności, z którego z końcem stycznia się wyprowadzam.