Binki Team

Binki Team Amatorska rodzinna drużyna sportowa Binki Team

Niech magiczna moc wigilijnego wieczoru przyniesie spokój i radość. Niech każda chwila świąt Bożego Narodzenia żyje włas...
24/12/2022

Niech magiczna moc wigilijnego wieczoru przyniesie spokój i radość. Niech każda chwila świąt Bożego Narodzenia żyje własnym pięknem i usłana będzie uśmiechami najbliższych a Nowy Rok obfituje pomyślnością i szczęściem.
Najpiękniejszych świąt Bożego Narodzenia
Życzymy my: Binki Team :-)

Dawno nas nie było, nie oznacza to, że wsiąkliśmy pod ziemię ;-)Jesteśmy, żyjemy i mamy się dobrze :-DWam Wszystkim Koch...
24/12/2021

Dawno nas nie było, nie oznacza to, że wsiąkliśmy pod ziemię ;-)
Jesteśmy, żyjemy i mamy się dobrze :-D

Wam Wszystkim Kochani życzymy przede wszystkim ZDROWYCH Świąt Bożego Narodzenia. Abyście mogli je spełnić w gronie najbliższych, delektując się każdą chwilą, czując zapach i smak pysznych potraw, ciesząc się z prezentów od czerwonego Grubaska z siwą brodą oraz z wielkim worem.

Ale Ale Ale w tym wszystkim nie zapominajcie o Najważniejszym, radujmy się bo Bóg się Rodzi !!!

Wasz Binki Team :-*

Zdrowych, pogodnych, ciepłych i przecudownych Świąt Bożego Narodzenia, dużo radości oraz wielu łask Bożych życzymy my:Te...
24/12/2020

Zdrowych, pogodnych, ciepłych i przecudownych Świąt Bożego Narodzenia, dużo radości oraz wielu łask Bożych życzymy my:
Team Binionki 👫😇😇😇😇

Na zawody Garmin Iron Triathlon w Nieporęcie Grzesiek zapisał się jeszcze w 2019 roku. Zrobił to, gdyż taki był cel aby ...
20/11/2020

Na zawody Garmin Iron Triathlon w Nieporęcie Grzesiek zapisał się jeszcze w 2019 roku. Zrobił to, gdyż taki był cel aby wspomóc charytatywną zbiórkę dla Fundacji Spartanie Dzieciom przy projekcie . Zbiórka ta miała miejsce przy 41 Maratonie Warszawskim. Dzięki darczyńcom, za które baaardzo serdecznie dziękujemy, podopieczni fundacji otrzymali pomoc a Grzesiek przebiegł trzeci raz w życiu dystans królewski. Ale nie o Maratonie ma być ta historia lecz o zmaganiach na dystansie 1/4 IM.

Przygotowania do zawodów szły opornie, coś tam Grzesiek jeździł do pracy rowerem na dyżur po 20km w jedną stronę, basen starał się chodzić raz w tygodniu a bieganie szło jak krew z nosa. Ogólna niechęć sportowa, i to tak było jeszcze na jesieni 2019. Przyszła zima, rower poszedł w odstawkę, bieganie zmalało, został tylko basen i to przeważnie raz w tygodniu. W kalendarzu zmieniła się data z 2019 na 2020, przetrwaliśmy planowany zabieg operacyjny u Kajtka, zima miała się ku końcowi … ale tylko ta kalendarzowa bo śniegu przez całą zimę było raptem 1 dzień. Warunki treningowe były bardzo dobre, ale czas ten został koncertowo przez Grześka zmarnowany. Od stycznia/lutego Sylwia z Grześkiem powoli zaczęli przygotowania do mocniejszych treningów przed biegiem masowym przy mistrzostwami świata w Gdyni na dystansie półmaratonu a w dalszej perspektywie Półmaratonu Warszawskiego. Oboje próbowali coś rozkręcić się biegowo, aż przyszedł lockdown całego świata przez koronawirusa. Gdynię przełożyli, Warszawę odwołali z informacją, że kiedyś podadzą datę zawodów, baseny pozamykali … start w jakichkolwiek zawodach był pod wielkim znakiem zapytania. Z racji takiej niepewności zmalała ilość i jakość treningów. Na początku siedzenie w domu i zdalne nauczanie z Binionkami. Grzesiek zasuwał do pracy na dyżury, bo akurat w jego branży przestoju żadnego nie było, a wręcz odwrotnie, dostał specjalny papier gdzie pracuje i w razie zamknięcia Warszawy czy też blokady przeprawy przez Wisłę, miał możliwość poruszania się po mieście, aby mógł dojechać na dyżur. Na szczęście papier ten ani razu nie był potrzebny, miasto wbrew pogłoskom nie zostało odcięte od świata i żadne czołgi nie wjechały barykadować stolicy, choć słuchy takie były, że tak miało się stać. Czas leciał dalej, ludzie dostali pozwolenie na wychodzenie z domów do lasów, niektórzy zaczynali coś tam tuptać. U nas sportowa plaża, jedyna aktywność to ćwiczenia razem przed telewizorem z Moniką Kołakowską, aby nie zastać się w miejscu. Brzuszki oraz waga podczas kwarantanny poszły w niekontrolowanym kierunku, więc codzienne 35-50 minutowe treningi były dobrą odskocznią od dyżurów oraz próby bycia nauczycielem dla trójki dzieci w wieku szkolno-przedszkolnym oraz jednym całkowicie niesamodzielnym 9 miesięcznym brzdącem. Bliżej kwietnia Grześ powoli wskoczył na rower do pracy, ale też nie na każdy dyżur. Maj przyniósł zmiany stacji wyczekiwania z Marek do Ząbek, więc zwiększyła się ilość treningów biegowych i co dyżur w godzinach 7-19 powrót odbywał się przebieżką dookoła miasta, coś w okolicy 6km. Nikt nie wiedział czy i kiedy będą wracały zawody, ale w razie czego, jakieś treningi trzeba było zacząć robić … nikt nie chce, aby patrząc na ziemię, zamiast stup obserwować swój falujący bebzol. Od czerwca ruszyły baseny, więc i treningi w wodzie znowu miały rację bytu. Raz udało się nawet spotkać z ekipą z Decathlon Targówek na testach pianek do pływania na Gliniankach w Zielonce. Można tam było spróbować pokonania dystansu w wodzie na innym akwenie niż basen. Razem z basenami zaczęły się też spokojne coffe raidy do Nieporętu na treningi rowerowe. Trasa około 50 km jako przygotowanie, czy w ogóle Grzesiek da rade przejechać te wymagane 45km za jednym zamachem. Cały czerwiec i lipiec upłynął pod znakiem wzmożonych treningów, zarówno rower, jak i bieg oraz basen a także w dalszym ciągu treningi przed szklanym ekranem z Moniką Kołakowską na wzmocnienie całego ciała. Kiedy było wiadomo, że Triathlon w Nieporęcie najprawdopodobniej nie będzie odwołany i dojdzie do skutku, treningi biegowe powoli zostały wydłużone. Na zaprawę biegową wybrany został na dwa tygodnie teren górski. Tam wykonane zostały po 4 treningi biegowe z Czarnej Góry w kierunku Jurgowa oraz 6 pieszych wędrówek. Trzy krótkie do 8km czyli wejście na Kotelnicę Białczańską, zdobycie Nosala oraz podejście z Czarnej Góry na Litwinkę. Trzy dłuższe liczyły od 10 do 23km czyli zdobycie Sarniej Skały wraz z wodospadem Siklawica, przejście z Palenicy Białczańskiej na Morskie Oko wraz z podejściem na Czarny Staw pod Rysami a także zdobycie Czarnego Stawu Gąsienicowego od Toporowej Cyrhli przez Psią Trawkę i Murowaniec. Nogi lekko dostały w palnik, ale przygotowania pływackie a także rowerowe poszły w odstawkę. Po powrocie z gór do startu zostały zaledwie dwa tygodnie, a to nie za wiele. Grzesiek zdążył w tym czasie zrobić jedną dłuższą wyprawę rowerową, raz zahaczył 1400m w basenie i chyba 2 razy wrócił do domu po dyżurze biegiem. Co by nie mówić, za ilość wypracowanych godzin treningowych jak bym był nauczycielem wuefu dał bym sobie mocne 3= a nawet 2+

Na dzień przed zawodami Grzesiek pojechał razem z Sylwią i dzieciakami do Decathlon Targówek aby wypożyczyć piankę na zawody. W domu okleili rower w żele energetyczne, odkręcili zbędny balast od bicykla, jak mocowanie fotelika dziecięcego a także dopompowali koło. Okazało się, że z przedniego zeszło całkowicie powietrze … i ciśnienie w głowie, czy to oby nie awaria, która wykluczy etap rowerowy na zawodach? Czy tylko jakiś chochlik, który podrzucił jeszcze jedną kłodę pod nogi. Na wieczór razem z koleżanką Agatą, Grzesiek pojechał zawieźć rowery na teren miasteczka zawodów do strefy zmian a także odebrać pakiety startowe. Już po dojechaniu na miejsce był problem ze zdjęciem Grześka roweru, samochód stał na wzniesieniu częściowo na asfalcie a częściowo na grząskiej ziemi. Była obawa, że rowerem uszkodzi się auto, albo Grzesiek z drabinki wpadnie do środka samochodu, przy okazji rozbijając szybę. Na szczęście udało się przy pomocy zaprawionego w bojach zawodnika tri, który wyglądał jak wylansowany surfer z Australijskiej plaży, zdjąć Indiańską bestię na ziemię. Kwintesencją tego zdarzenia był tekst pro-tri-zawodnika … to tym będziesz się ścigał ?? POWODZENIA !!. Od auta poszliśmy z rowerami u boku szukać miejsca gdzie by tu te rowery zostawić. Pomimo wczytania się w regulamin zawodów nie obyło się bez niespodzianek, Grześkowi padł Internet w telefonie i nie mógł pokazać sędziom wykupionej licencji triathlonowej. Bez tej licencji nie było możliwości wejścia na teren strefy zmian. Szczęśliwie udało się pobrać licencje poprzez zapożyczanie Internetu od Agaty, bo tak zawody by się zakończyły zanim na dobre się rozpoczęły. Od sędziego otrzymywało się numer przypisany do zawodnika i po tym numerku można było znaleźć swoje miejsce na powieszenie roweru, na dole znajdowała się zielona skrzynka na rzeczy przebiórkowe, i tu kolejny ZONK, na następny dzień trzeba było być w strefie zmian mocno przed startem 1/2 IM i innej możliwości doniesienia rzeczy do skrzynki nie było. Tak jak się wszystko zostawiło w piątek, tak w sobotę już kaplica i mogiła, zostaje. A u Grześka został bidon z wodą w domu, pas na numerek, soft-flaski z wodą na etap biegowy, no jednym słowem amatorszczyzna. Tutaj ewidentnie było widać braki obycia u debiutanta. Rower zawisł na belce podwieszony za siodełko, numer 42 podklejony pod siodełko, oraz 3x na kasku, wszystko zabezpieczone folią z pakietu, gdyż pogoda zapowiadała deszcz przez noc i na czas zawodów. Na szczęście w miasteczku zawodów w strefie EXPO Można było dokupić bidon oraz wodę, więc pomimo braku tego w strefie zmian, to płyny zostały przygotowane na zbliżające się zawody. Po wszystkim nastąpił powrót do Ząbek i ustalenie godziny na poranną zbiórkę dnia następnego.

Chwilę przed 07:00 obydwoje zawodników ruszyło w kierunku Białobrzeg, aby dostać się na teren dawnego WDW Rynia i zaparkować tam auto. Na parking na terenie zawodów już dawno nie było miejsca, tym bardziej, że drogi dojazdowe były już poblokowane. Auto dojechało na WDW Rynia po około 40 minutach i musiało zaparkować na dodatkowo otworzonym trawiastym parkingu. Deszcz zacinał niemiłosiernie i to już od momentu wyruszenia z Ząbek. Grzesiek z Agatą przedostali się wzdłuż linii brzegowej Zalewu Zegrzyńskiego na miejsce startu. Tam spotkali się z Konradem, który pożyczył Grześkowi mini pompkę, na wszelki niewielki. Przedostali się wzdłuż ogrodzonych rowerów, i z racji, że nikogo nie było w strefie zmian, po ugadaniu się z obsługą pozwolono Grzesiowi wskoczyć do strefy, aby sprawdzić stan opony z którego wcześniej zeszło powietrze, szczęśliwie opona dalej było napompowana na kamień. Przy okazji udało się dorzucić soft-flaski, żel, mini pompkę oraz pasek do numeru startowego. Tak szybko jak Grześ wskoczył do strefy, tak szybko niczym lekko otyły ninja, ją opuścił. Po tej szybkiej akcji udaliśmy się do depozytu zostawić worek z ubraniami na zmianę, suchymi butami itd. Dalej poszli się w kierunku plaży nad zalewem, by lekko oswoić się z wodą. Czasu było nie za wiele, bo pomiędzy oswajaniem się z wodą a startem zostało zaledwie 10 minut, ale to wystarczyło by sprawdzić, że pianka to jednak dobry izolator od zimnej wody. Szczęśliwie deszcz przestał padać około 09:00 czyli na 30 minut przed startem pierwszej serii na dystansie 1/4. O 9:30 zawodnicy wystartowali na początek do wody pomknęły harpagany co dystans 950m pokonują w 12-15 minut a dalej kolejni wolniejsi pływacy. Grzesiek nastawiał się na 23 minuty w wodzie, niestety jak zaczął płynąć kraulem, woda zaczęła przedostawać się pod okularki pływackie, przejście z kraula w żabkę by wszystko poprawić, nagle jakiś strzał w głowę od innego zawodnika, lekka panika. Dodatkowo wiatr w twarz i fale zalewające głowę, problem z opanowaniem oddechu … i tak zamiast wyćwiczonym kraulem z naciskiem pływaj rękoma bo nogi na rower będą potrzebne, to 600m Grześ przeleciał żabką, z czego 400m kalecząc całkowicie ten styl pływacki i dopiero po nawrotce i wyciszeniu organizmu ostatnie 200m poleciały już tak całkiem fajnie. Zupełnie inaczej niż na teście pianek na Gliniankach. Tam pływanie to była czysta przyjemność, ciepło, słoneczko, zero wiatru i tafla wody płaska jak stół i w pełni spokojna. Ale wracając do etapu pływackiego. Podczas męczarni Grześka inni zawodnicy z drugiej tury na spokojnie go dogonili już po ominięciu ostatniej bojki w wodzie. Startowali oni 15 minut później. Czas w wodzie z 23 minut zrobił się na 28 minut, a po wyjściu z wody nogi pod Grześkiem się uginały. Dobiegł do strefy zmian i tam już postępowanie zgodnie z planem, którego naoglądał się w czeluściach Internetu. Zdjąć piankę, założyć kask, założyć rękawiczki, ogarnąć stopy, skarpetki, buty biegowe (tylko takie miał na dwie kolejne dyscypliny, co zaoszczędziło czas podczas drugiej zmiany) wypić żel, popić wodą, zabrać rower i biegiem do sędziego za którym dopiero można było wsiąść na bicykl. Za sędzią 500m trelinki, zawodnicy na szosach bardzo powolnie pokonywali tą część trasy, za to Grzesiek na swoim trekkingu spokojnie poleciał. Wyskoczył na mokry asfalt i długa w 45 km podróż składającą się z dwóch pętli. Pomimo roweru z grubszymi kołami i o wiele gorszą ilością biegów niż szosy, Grzesiek wykręcił średnią 27,7 km/h z czasem 01:41:18. Najgorzej było na zawrotkach 180 stopni, szczególnie przy powrocie do ośrodka w którym była strefa zmian, tam akurat trasa była lekko z górki więc rower rozpędzał się pięknie a potem nagłe dohamowanie, pisk opon i okrzyki kilku kibiców z megafonem „Brawo dałeś radę, pędź dalej”. Ciekawe co by krzyczeli, gdyby czarno-zielony rower z Grzesiem w siodle jednak nie wyrobił tylko wbił się w barierki odgradzające teren zawodów. O ile na pierwszej pętli kolarzy było pełno tak przy drugiej było coraz mniej i trasę Grzesiek wręcz pokonywał samotnie. Nie patrzył na innych tylko na ukończenie zawodów w zakładanym przedziale 4 godzin. Co 22.5km pił żel energetyczny, co jakieś 10km popijał wodę z zakupionego dzień wcześniej bidonu. Po dwóch pętlach dojechał do sędziego przy strefie zmian. Tam obowiązkowe zejście z roweru i biegiem zostawić rower, zdjąć kask i rękawiczki, zapiąć pasek z numerem startowym, zabrać na trasę soft-flaska z 250ml wody i w drogę na ostatni etap składający się z 10,5 km biegu. Trasa na początku bardzo niewygodna, mało miejsca zostało zostawione dla biegaczy obok trasy rowerowej po bardzo nierównym chodniku oraz fragmentach drogi szutrowej aż do wybiegnięcia z ośrodka. Tam już trasa prowadziła asfaltem po Ryni. Grzesiek biegł nie patrząc na zegarek. Miał prawie 2 godziny na pokonanie tego dystansu więc na spokojnie i bez większej spiny. Po dwóch kilometrach nogi tak zaczęły go boleć, że masakra. Okolice wewnętrznych części ud a także przyczepy mięśni nad kolanem tak paliły, że musiał na chwilkę przystanąć. Już wtedy myślał, że biegnie tak wolno, iż tempo jest jakieś 8min/km, szybkie spojrzenie na nadgarstek a tam tempo 6min/km … aż szok. W miarę chyżo się pozbierał i dalej w drogę już patrząc na zegarek. Tempo przez kolejne 6,5km było w okolicy 6:30 min/km. Kryzys przyszedł na ostatnich dwóch kilometrach gdzie tempo poleciało z odcinką do 8min/km, niczym ściana w maratonie. Czas biegu mocno niezadowalający bo prawie 75 minut. Wbiegnięcie na metę z czasem 3:32:26 więc prawie 30 minut przed dopuszczalnym limitem. Na mecie czekała już Agata, która skończyła zawody coś około 10 minut wcześniej. Miała już worek z depozytu. Na mecie nie było tradycyjnego na zawodach wieszania medali na szyi, tylko odebranie z namiotu worka z logiem Garmin, gdzie w środku znajdowała się jagodzianka, izotonik, woda, medal i banan. Dalej jeszcze można było zgarnąć red bulla i ruszyć po odbiór Indiańskiej Bestii. Wcześniej jeszcze pamiątkowe zdjęcie ukończenia zawodów i obolałym krokiem dwaj finiszerzy zawodów triathlonowych udali się do strefy zmian. Grześ spakował piankę, ogarnął stanowisko i zabrał rower. Przed wyjściem ze strefy trzeba było pokazać numer startowy z etapu biegowego i numer z roweru czy się zgadza, by czasem ktoś nie podprowadził innemu zawodnikowi maszyny za kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy złotych zostawiając swój bicykl który kosztował poniżej 1000 pln. Wypuścili ich po weryfikacji i ze swoimi maszynami na dwóch kółkach udali się kilkaset metrów wzdłuż brzegu Zalewu Zegrzyńskiego, aby zapakować rowery na auto. Tam Agata wyjechała samochodem na betonowy parking, który mocno już opustoszał z samochodów zawodników. Poprosili o pomoc pakujących się nieopodal zawodników o zamontowanie rowerów na dach. Przy ich pomocy a także przy mocnym wykorzystaniu drabinki, która czekała na swoją chwilę w bagażniku poszło to dosyć sprawnie. Po tych zabiegach krótka podróż pod dom Agaty by wypakować rowerki. Na miejscu czekała już Sylwia z dzieciaczkami, którzy z racji niekorzystnej pogody a przede wszystkim zabronieniu od strony organizatorów aby zachować jak najbardziej reżim sanitarny, nie mogli razem z Grześkiem uczestniczyć jako kibice podczas trwania zawodów. Bardzo miło, że przyszli spotkać się z tatą, zobaczyć medal i wrócić razem pieszo półtora kilometra w kierunku domu. Jeżeli następne zawody triathlonowe dojdą do skutku, to już nie ma takiej opcji, aby cała rodzina nie pojechała na taką dwudniową przygodę.

Podsumowując, zgoła inne zawody niż sam bieg. Ciało o wiele bardziej jest wykorzystane do pokazania na co je stać. Nie ma szans aby na zawody od tak wpaść tuż przed strzałem z pistoletu startowego i jakoś je przeklepać. Trzeba na spokojnie rozłożyć wszystko na dwa dni, o wiele bardziej i intensywniej przygotować się zarówno fizycznie ale i psychicznie do pokonania pełnego dystansu wybranych zawodów, a także by nie dać się złamać rodzącym się w głowie myślom, czy oby na pewno da się radę. Zawody typu tri to fajowa przygoda. O ile rodzina, czas i organizm pozwoli na przygotowanie się do wystartowania w tego typu zawodach to ja jestem jak najbardziej na „zastanowię się”

Hejże hej, hejże ho Na biegowe ścieżki by się szłoWiosna, wiosenka Do drzwi puka i do okienek.....ALE, ale, Ale .... i n...
21/04/2020

Hejże hej, hejże ho
Na biegowe ścieżki by się szło

Wiosna, wiosenka
Do drzwi puka i do okienek.....
ALE, ale, Ale .... i nie chodzi o pitne ALE ;-).....
Pamiętajcie jednak
ZDROWY ROZSĄDEK
PRZEDE WSZYSTKIM

3majcie się zdrowo i ciepło :-D
Wasze Binionki z Binki Team ;-)

Kto biega, a obecnie chwilowo nie biega, to może wesprze akcje   Temat akcji dogadany, maseczki zakupione ze zbiórki tra...
15/04/2020

Kto biega, a obecnie chwilowo nie biega, to może wesprze akcje Temat akcji dogadany, maseczki zakupione ze zbiórki trafią do front-lainerów Zespołów Ratownictwa Medycznego w Warszawie

chcą pomóc! W środowisku biegaczy też są lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni… dla nich w tej chwili odwołane zawody czy nie zrobiony trening to najmniejszy problem. Pomóżmy im przetrwać ten trudny czas, abyśmy wkrótce znów mogli spotkać się na ścieżkach bieg...

Zdrowych, Pogodnych Świąt Wielkanocnych, przepełnionych wiarą, nadzieją i miłością.Radosnego, wiosennego nastroju, szybk...
12/04/2020

Zdrowych, Pogodnych Świąt Wielkanocnych, przepełnionych wiarą, nadzieją i miłością.

Radosnego, wiosennego nastroju, szybkiego powrotu do normalności, wytrwałości, cierpliwości, zdrowia dla Wszystkich a przede wszystkim wesołego "Alleluja"

Składamy My - Ekipa Binki TEAM

XII Bieg Niepodległości w Ząbkach.Na tegoroczną edycję biegu zapisaliśmy się dosyć spontanicznie, u Grześka w pracy zmie...
15/02/2020

XII Bieg Niepodległości w Ząbkach.

Na tegoroczną edycję biegu zapisaliśmy się dosyć spontanicznie, u Grześka w pracy zmienił się grafik na listopad i tak zamiast spędzić 12h w pracy, cały dzień mieliśmy wolny. Dodatkowo bieg w Ząbkach był całkowicie bezpłatny, a odległość od domu była na tyle mała, że wycieczka z dzieciakami nie stanowiła żadnego problemu. W tym roku udało nam się zapisać Malinę, Milenę i Kajtka do jednej grupy wiekowej – dzieci do rocznika 2012. Miał to być bieg na 200m. Bieg główny na planowanym dystansie 5km zarezerwowany był dla Sylwii. Grzesiek w tym roku był na stanowisku rodzica przy pociechach.

Pakiet startowy odebraliśmy dzień wcześniej na terenie MOSiR Ząbki. Zrobiliśmy pięcio-kilometrowy spacer od domu na stadion i z powrotem. Otrzymaliśmy 4 numery startowe wraz z agrafkami. W dniu Biegu 11.11.2019 zaczęliśmy powolne przygotowania do zawodów. Nie spieszyliśmy się za bardzo, po pierwsze impreza była bardzo blisko, po drugie start biegu był przewidziany na następujące godziny: 13:00 dzieci oraz 13:45 bieg główny. Tak późne rozpoczęcie zawodów pozwoliło wielu biegaczom wystartować w Biegu Niepodległości organizowanym w Warszawie i dodatkowo pobiec z Ząbkach. Zapakowaliśmy się w auto (nie, nie, nie z lenistwa, tylko po biegu umówieni byliśmy na rodzinne spotkanie na Chomiczówce, więc nie mogliśmy sobie pozwolić na rozciągnięcie czasu po zawodach, aby wracać do domu po samochód), udaliśmy się w okolice Ząbkowskiego basenu mieszczącego się na tyłach Stadionu Dozbud Arena. Spotkaliśmy się ze znajomymi z grupy biegowej Biegam Bo Lubię Ząbki TEAM, pogadaliśmy, przygotowaliśmy maluchy do startu i tu pierwsza niemiła niespodzianka na tych zawodach. Start najmłodszych rozpoczął się o 13:00 ale zamiast planowanych 200m czyli jednego kółeczka dookoła murawy stadionu, dzieciaki miały do pokonania dwa kółka, czyli 400m. O ile roczniki 2012-13 nie miały z tym większego problemu o tyle roczniki 2014-16 odczuły to dwukrotne zwiększenie dystansu. Już na samym początku, najbardziej zapalona do biegu Milena przewróciła się tuż za startem, zderzając się z inną zawodniczką. Pierwsze 100m pokonała z płaczem mieszając łzy z błotem. Wyglądała jakby startowała w biegach terenowych z przeszkodami, niż na biegu dookoła stadionu. Malina skończyła zawody najszybciej z Binionków, druga wbiegła Milena, najsłabiej było z Kajtkiem. Nie chodzi tu o sam fakt, że biegł jako najmłodszy z rodzeństwa i najmniej doświadczony, ale o to, że o ile pierwsze kółko biegł z uśmiechem od ucha do ucha i faktycznie cieszył się z pokonywanego dystansu, tak w momencie jak przy linii Start/Meta usłyszał, że jeszcze jedno kółko, tak się zatrzymał i nie chciał dalej biec. Chwilę podciągnęła go biegnąc obok Patrycja, córka Doroty i Daniela, a za linią przejęła go Sylwia i dokończyła z nim drugie kółeczko. Na mecie zabrakło medali dla ostatnich kilku zawodników, organizatorzy na szybko i w lekkim zamieszaniu dołożyli z magazynu brakujące medale, by każdy biegacz miał swoje trofeum.

Podczas zawodów najmłodszych, do Ząbek dotarli zawodnicy, którzy ukończyli zmagania w Warszawie na dystansie dziesięciu kilometrów. Na starcie ustawiały się kolejne, coraz to starsze roczniki. Zawodnicy biegu głównego zaczynali się rozgrzewać. Bąble poszły na zupę, herbatę i ciastka, Milena sama z siebie przygotowała Grześkowi kawę z mlekiem, co wprawiło niektórych dorosłych w osłupienie, kiedy widzieli 5-latkę przygotowującą kawę. Start główny rozpoczął się zgodnie z planem o 13:45. W planach były dwa kółka po 2,5km. Wszyscy zawodnicy ruszyli za pilotem na rowerze, aby nie pomylić trasy. Sylwia biegła razem z klubową koleżanką Olą, mamą, tak jak u nas, czwórki pociech. Trasa wiodła z murawy stadionu Dozbud Arena na ul. Traugutta, skręt w Legionów aby następnie polecieć ul. 3 Maja. Wbiegnięcie na szutrowy odcinek trasy w ul. Wrzosową i powrót już po asfalcie ul. Wyzwolenia do ul. Gdyńskiej i wbiegnięcie poprzez parking na murawę boiska do linii mety. Pierwsze kółko pokonały w lekko ponad 12 minut, całkiem niezły czas jak na 2500 metrów, podczas drugiego kółka, Ola odłączyła się od Sylwii. Na szczęście przyłączyła się klubowa koleżanka Grażyna. Drugie kółko dziewczyny zakończyły z czasem 24:30. Pięć kilometrów w takim dobrym, jak dla nas, czasie? Nieźle. Niestety tu pojawił się drugi błąd w dystansie trasy. Wszystkim na zegarkach, aplikacjach w telefonie i każdym innym mierniku odległości, wyszedł za krótki dystans. Po wydłużeniu o połowę biegu najmłodszych, najstarszym skrócono dystans o prawie kilometr. Pilot na rowerze zamiast dojechać z najszybszymi zawodnikami do szutrowej drogi na końcu ulicy Wrzosowej skręcił za wcześnie w 17 Września. Na każdym kółku dystans był skrócony o około 500m. Zgarnęliśmy Medale, porobiliśmy zdjęcia, zaczepiliśmy najbardziej obleganą biegaczkę Hanie Nejfeld, Mistrzynie Polski w biegu 48h na bieżni mechanicznej. Porozmawialiśmy, pogratulowaliśmy udanego startu w tych niemożliwych do wyobrażenia zawodach, my to po 5 km na bieżni już czujemy znużenie, a Hania strzeliła skromnie ponad 311 km i jest obecnie drugą zawodniczką na świecie w tego typu zawodach. Do rekordu świata z 2014 roku zabrakło Jej 12km.

Po wszystkim udaliśmy się do naszego rodzinnego autobusu i pojechaliśmy na wcześniej wspomniany obiadek.

Rok temu powiedzieliśmy sobie, żadnego więcej maratonu w naszym życiu. Myśl ta trwała w najlepsze, dopóty dopóki na 14 P...
08/02/2020

Rok temu powiedzieliśmy sobie, żadnego więcej maratonu w naszym życiu. Myśl ta trwała w najlepsze, dopóty dopóki na 14 PZU Półmaratonie Warszawskim Grzesiek nie otrzymał od Fundacji Spartanie Dzieciom połówki medalu. Druga połówka miała być przekazana podczas 41 PZU Maratonu Warszawskiego. Bicie się z myślami, szybka decyzja i cyk, nigdy więcej maratonu zmieniło się w kolejną zbiórkę charytatywną dla akcji . Grześ wpadł na pomysł aby zapisać mało realny cel, czyli jeżeli zbiórka przekroczy 606 zł, to w sezonie 2020 wystartuje w triathlonie na dystansie ¼ IM. Początkowo zbiórka szła kulawo. Była spora szansa, że do wyznaczonego terminu jakim był koniec sierpnia nie uda się zebrać minimalnej ilości pieniążków potrzebnych do nadania numeru startowego. W drugiej połowie sierpnia nastąpiła pełna mobilizacja w szeregach Ząbkowskich Triathlonistów. Za Ich sprawą, namowami, urokiem osobistych czy czym tam jeszcze z brakującej kwoty do minimum, cyk zbiórka wskoczyła na ponad 620 zł. Słowo się rzekło, wszystkie ręce na pokład, cel na sezon 2020 to Zostanę Trajlonistą.

Narodziny Kornelki, obowiązki przy kochanej malutkiej istotce spowodowały, że przygotowania do maratonu szły lekko mówiąc jak krew z nosa, mało treningów, mało wybieganych kilometrów, mało wszystkiego. Jedyny bardziej aktywny okres biegowy, to wakacje we Władysławowie i bliskość ośrodka przygotowań olimpijskich COŚ Cetniewo. Tam cztery treningi na tartanie plus zawody na dystansie półmaratonu poprowadzone brzegiem morza. Aby było jeszcze lepiej Grzesiek źle dobrał buty na ten sezon co spowodowało uszkodzeniem palucha stopy prawej. Na tydzień przed maratonem zmienione zostały buty, dwa nieduże treningi i nadzieja, że noga nie odpadnie w niewybieganych butach.

Do maratonu zostały dwa dni, Pojechaliśmy z Kornelką na EXPO przed maratonem, które w tym roku zorganizowane zostało na terenie Toru Wyścigów Konnych na Służewcu. Co kierowało organizatorów do zmiany miejsca na taką lokalizację? Tego nie wiemy, aczkolwiek mamy nadzieję, że to był ostatni raz kiedy tam mieści się EXPO. Spora odległość zarówno od centrum jak i od miejsca rozpoczęcia zawodów, brak możliwości podjechania wózkami do strefy przez obrotowe bramki biletowe, schody w samym centrum EXPO. Nam udało się wejść z wózkiem przez bramę dodatkową, akurat ochrona na chwilę ją otworzyła aby wpuścić jakieś autko dostawcze, inni musieli jakoś przejść przez obrotowe bramki. Podjazd wydeptaną na trawie ścieżką i udało się dotarliśmy do budynku gdzie pokazały się pierwsze schody. Za nimi ustawione były stanowiska akcji , następnie kolejne stopnie i główna część EXPO. Idąc ścieżką pomiędzy stanowiskami wystawców dotarliśmy do punktu odbioru pakietów. Tam w miarę sprawnie otrzymaliśmy paczkę po czym udaliśmy się do wyznaczonego wyjścia. Niemiła sytuacja tam nas spotkała. Obrotowe bramki na wyjście oraz bramka dla niepełnosprawnych, szkoda, że nie działała, ochrona nie miała klucza by otworzyć ręcznie i tak oto Sylwia z wózkiem obrót o 180 stopni i powrót całą strefą pod prąd wśród innych zawodników, którzy przyszli po pakiet. Tak się później zastanawialiśmy, jak Ci wszyscy zawodnicy na wózkach odebrali swoje pakiety przy takim niedostosowanym dla osób niepełnosprawnych terenie. Po pakiecie startowym odebraliśmy jeszcze pakiet spartański i udaliśmy się w kierunku domu.

Sobota przed maratonem, zamiast odpocząć i cieszyć się nadchodzącym świętem biegowym, to Grzesiek poszedł na 12 godzin dyżuru w pogotowiu a Sylwia miała dzień z dzieciakami. Około 22:30 poszliśmy spać by w niedzielę razem z budzikiem wstać ogarnąć śniadanie z tostów z dżemikiem i polecieć na start. Grześ pojechał autem pod Szpital Praski by w po zawodach nie było problemu z wyjechaniem do domku. Przeszedł się mostem Śląsko-Dąbrowskim w kierunku Multimedialnego Parku Fontann i dalej w stronę stacji benzynowej na ul. Sanguszki gdzie na 8:30 umówione było spotkanie na wspólne FOTO z pozostałymi Ząbkowymi zawodnikami. Rafał wykonał zdjęcia na miód malina, chwilkę pogadaliśmy i każdy udał się w swoim kierunku. Spartanie z dzidami poszli do szyku, szybko biegający Ząbkowianie pomknęli a to do samochodów z depozytem a to na indywidualną rozgrzewkę. Start był ustawiony na godzinę 09:00 więc przed samym strzałem pistoletu startowego Grześ skorzystał z TojTojki i poleciał na krótką bo mniej niż kilometrową rozgrzewkę. Przed startem Elity na trasę ruszyli zawodnicy na wózkach, następnie z głośników poleciał „Sen o Warszawie” i ciach godzina 09:00 ruszyła elita. Pamiętając poprzednie maratony Grześ nastawiał się na 20 minut spaceru aż jego strefa ruszy, a tu bardzo miła niespodzianka, strefy ruszały jedna po drugiej bez przestoju. Po 6 minutach od startu elity zając na 4h30minut wyruszył w 42 kilometrową podróż ulicami stolicy. Pogoda dopisała od samego początku, pochmurne niebo z 18 stopni na plusie. Grzesiek nauczony poprzednimi edycjami postanowił trzymać się tak długo jak będzie to możliwe zająca. Pod żadnym pozorem nie przyśpieszać by mieć siłę do samego końca, dodatkowo za namową Huberta obowiązkowo picie i jedzenie na każdym dostępnym punkcie odżywczym. Pierwsze dwa kilometry Peacemakerzy sami nie mogli złapać dobrego tempa i zamiast 6:30 min/km lecieli 6:00. Dopiero za Pl. Wilsona tempo złapali takie jakie powinno być. Początkowo było dosyć ciasno, zawodnicy biegli bardzo blisko siebie i dopiero przy pierwszym podbiegu przed Mostem Gdańskim troszeczkę to się rozluźniło. Biegacze polecieli ul. Starzyńskiego do ul. Namysłowskiej, dalej Ratuszową obok Warszawskiego Ogrodu Zoologicznego, Wybrzeżem Helskim do Okrzei. Na ul. Okrzei spontaniczny, nietypowy ale jakże super doping, na jednym z balkonów stał człowiek z trąbką który zagrzewał zawodników radosnymi dźwiękami. Melodie każdy z biegaczy znał i spontanicznie w wyznaczonych momentach głośno klaskał tworząc jedyną w swoim rodzaju przestrzeń wspólnego kibicowania. Każdy z nas stał się aktorem i widzem tego przedsięwzięcia. Dalej pobiegliśmy obok Stadionu Narodowego by po agrafce pobiec na Most Świętokrzyski. Trasa dalej prowadziła w kierunku Łazienek Królewskich, gdzie u bramy stał Filip Chajzer jako ambasador marki New Balance i witał przez megafon wszystkich zawodników. Minęliśmy go na jednej nodze i prostą szutrową Aleją Chińską udaliśmy się w kierunku ul. Gagarina. Tam też był zorganizowany punkt Fundacji Spartanie Dzieciom. Podczas pokonywania tego odcinka trasy, do buta Grześka wpadł jakiś kamyk, który dopiero został usunięty po podbiegu na Belwederskiej. Niestety nie zostało to bez efektu w dalszej części biegu. Tutaj momencie wyrzucenia kamyka z buta zając zaczął się oddalać. Powoli systematycznie coraz mniej było widać chorągiewkę na 4:30. Tempo zaczęło spadać ale wola do walki jeszcze była. Po przygodzie z butem nastąpił dwukilometrowy odcinek Alejami Ujazdowskimi aż do ronda Charles’a de Gaulle’a, gdzie stoi miejska palma. Za niepasującym do naszego klimatu drzewem, nastąpiło przyjemne przebiegnięcie przez Nowy Świat oraz Krakowskie Przedmieście. Ten fragment trasy to zawsze super sprawa, zabudowa, spacerujący warszawiacy oraz turyści, a po środku kilka tysięcy biegaczy. Wiele osób kibicowało, przybijało piątki i cieszyło się z odbywającego się maratonu. Oczywiście na skrzyżowaniach widziało się niezadowolonych kierowców, którzy w jedyną niedzielę handlową w miesiącu utknęli w korkach przez zawody biegowe. Przy Św. Annie trasa leciała ul. Miodową w kierunku stadionu Polonii Warszawa i dalej kolejny raz na Pl. Wilsona. Dalej Mickiewicza na wiadukt nad trasą S8 tak by ul. Lektykarską dobiec do ul. Podleśnej. 29 kilometr trasy, Grzesiek postanowił lekko rozciągnąć zbite czworogłowy. Był to fatalny w skutkach pomysł. Taki ból przeszył lewą nogę, że przez cztery kolejne kilometry była walka z narastającym bólem lewego uda. Tu pojawił się kryzys, ponad połowa dystansu pokonana ale jeszcze 13 kilometrów do mety, to troszkę więcej niż czwartkowe spotkania biegowe w Ząbkach. Z grymasem bólu na twarzy już drugi raz tego dnia Grzesiek zobaczył mury Cytadeli Warszawskiej gdzie zaliczył drugi podbieg na Krajewskiego i obiegając stadion Polonii pomknął na most Gdański. Dalej pomiędzy murem ZOO a Wisłą nad wejściem do Portu Praskiego zawodnicy pobiegli w kierunku mostu Świętokrzyskiego. Czterdziesty kilometr trasy z czego 11 w bólu. Tempo skakało od 6:40 do 8:20, na szczęście nie było na trasie do pokonania tunelu pod Wisłostradą, gdyby tam Grzesiek wbiegł przy tak wymęczonym organizmie to mogło by to się źle skończyć przed samym finiszem. Na wysokości ul. Nowy Zjazd na Grześka czekała Sylwia z dzieciakami i ostatnie 300m pokonaliśmy wszyscy razem aż do mety. Tempo Grzesia było już na tyle wymęczone, że każde z dzieci spokojnie nadążyło do linii kończącej 42 kilometrową i 195 metrową biegową przygodę taty.

Po wszystkim Grześ otrzymał medal, izotonika, wodę, banana, piwo bezalkoholowe. Wszyscy zrobiliśmy sobie zdjęcie w strefie New Balance po czym udaliśmy się w kierunku auta. Do domu prowadziła już Sylwia, w drodze Grześ zamówił pizze by zjeść razem obiad a przy okazji uzupełnić spalone kalorie. Chwila odpoczynku w domu, szybki prysznic i na 19:00 do pracy na nocną zmianę. Szczęśliwie noc była w miarę łaskawa i tylko dwa wyjazdy po północy się trafiły, więc troszkę organizm miał wytchnienia. Podsumowując, maraton to dalej nie nasza bajka, jednak w głowie ponownie zaświtał pomysł korony maratonów. Czy będzie kontynuacja biegów długodystansowych? czas pokaże, nie mówimy tak ani nie. W sezonie 2020 prawdopodobnie Sylwia ruszy na królewski dystans, ale to jeszcze pieśń przyszłości.

WielkiBieg

Adres

Międzynarodowa/Al.Waszyngtona/Al.Zieleniecka
Warsaw
03-727

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Binki Team umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij