Kaukaz Konno

Kaukaz Konno

Udostępnij

Organizacja trekkingu konnego na terenie Gruzji

Photos from Stajnia Szinuk's post 06/04/2019
Photos from Kaukaz Konno's post 06/11/2014

Niedawno wróciłam z wyprawy - dotknęłam nieba nad Kaukazem. Wciąż mam te góry pod powiekami... Dobrze, że moje konie są skrzydlate :-) Niedługo postaram się wrzucić trochę zdjęć i parę słów o rajdzie :-)

Czysta biała rasa 29/01/2014


Fantastyczna lektura dla miłośników koni.
Niesamowita historia rasy stworzonej dla władców, aby podkreślić ich majestat.


http://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/czysta-biala-rasa

Czysta biała rasa Przekład z języka niderlandzkiego Jadwiga Jędryas Wszystko zaczęło się pod koniec XVI wieku, kiedy w stadninie habsburskiego dworu postanowiono stworzyć konia, który byłby godzien nosić monarchów. W 1658 roku cesarz Leopold podpisał listę dwudziestu trzech wytycznych, do których musieli się stosować...

23/01/2014
23/01/2014

Z DZIENNIKA PODRÓŻY CZYLI MACIEJEWSKA W GRUZJI... (6)

13. listopada 2013

Wczesnym rankiem mąż Mai, podrzuca nas do bazy rangersów w Atskuri, gdzie czeka na nas nasz przewodnik i dwa wierzchowce. Mnie przypada w udziale gniady i mocno kościsty Zorba, Andrzej zaś dosiada siwego konika o wdzięcznym, lecz skomplikowanym gruzińskim imieniu, którego wkrótce nazywamy po prostu – Jurek. Przewodnik patrzy na nas lekko chyba zdumiony, że chce nam się jechać w trasę w taką pogodę – fakt, aura typowo listopadowa, chmury nisko , poprzednią noc lało jak z cebra. My jednak jesteśmy tu w celach poznawczych. Ponadto… tak też jest pięknie.
Pełna życzliwości, ale też z pewnym powątpiewaniem dosiadam drobnego Zorby i ruszamy w trasę. Pierwszy odcinek drogi to łagodnie wznoszący się, szeroki trakt. Wkrótce jednak droga zwęża się do ścieżki przyklejonej do lesistego zbocza, a po prawej lub lewej jej otwierają się strome i wysokie brzegi górskiego strumienia. Wciągam do płuc mroźny oddech lasu, Zorba pnie się do góry, z niewzruszoną miną starej Indianki żując pochwycone po drodze liście. Na razie jest sielsko choć jesiennie, lecz niebawem dolina, w której płynie towarzyszący nam strumień zaczyna szczerzyć do nas kły okalających nas stromych turni i zamienia się w wąski wąwóz. Wjeżdżamy w ciasny przełom górskiej rzeki. Ze zdumieniem i podziwem patrzę, jak nasze rumaki bez wahania pokonują pokryte rumowiskiem koryto strumienia. Chapeau bas, małe kaukaskie koniki!

Nad szumiącym wodą wąwozem wkraczamy w mieszany las, wielkie porosty – brodaczki – zwisają z gałęzi sygnalizując krystaliczną czystość powietrza. Mijamy ruiny kamiennych zabudowań, gliniasta po deszczu ścieżka prowadzi nas nad leśnymi stromiznami. Podobno wiosną idzie się tutaj po morzu kwiatów, dzikich rododendronów – ale teraz jest też pięknie, mglisty las szepcze do nas milionem odcieni brązów, zieleni, szarości i srebra. Chcę poczuć pod stopami ścieżkę. Prowadzę mojego Zorbę w ręku nie dlatego, że się zmęczył – nie wygląda na to – tylko ze zwykłej solidarności dla mojego towarzysza wędrówki. Andrzej, wspinacz, nie koniarz, też czuje klimat – słyszę, jak za moimi plecami gada do swojego Jurka. Stanowimy zespół.
Po trzech godzinach docieramy na otwartą przestrzeń. Góry kryją się we mgle, ale czuje się w powietrzu tę wielką przestrzeń dookoła. Robimy mały popas. Z lasu wyłaniają się pracownicy leśni z psami: są rosłe, muskularne, o płowej maści. Tutejszym zwyczajem mają usunięte uszy, a na karkach grube obroże nabijane dziesięciocentymetrowymi gwoździami – to wszystko ma je chronić w starciu z wilkami. Jeden z psów podchodzi do mnie. Pozwala się głaskać, ale w oczach ma taką dziką pewność siebie, że czuję respekt, jakby mówił: „toleruję Cię tutaj, ale pamiętaj, to ja tu rządzę”…

Nadszedł czas na odwrót, nasz przewodnik wybiera inną marszrutę. Po krótkiej przejażdżce musimy zsiąść z koni - karkołomnie stroma ścieżka jest pokryta błotem. Tutaj nasze konie wykazują pełne kompetencje górskich rumaków: podczas, gdy my opuszczamy się ostrożnie często przytrzymując się drzew, Jurek i Zorba z niewzruszonymi minami co rusz przysiadają na zadach i zgrabnie ześlizgują się w dół lawirując na zakrętach. Trzeba tylko uważać, by szusujący wierzchowiec nie zaparkował na naszych plecach. Prowadzimy je za wodze, ale panowie sami wybierają sobie najbezpieczniejszą drogę: gdy proponujemy im wariant bezsensowny z ich punktu widzenia po prostu włączają ABS, a nam nie pozostaje nic innego, jak podążać za ich wyborem.
Po kolejnych paru godzinach marszu, czy to na butach czy w siodle, docieramy wreszcie do szerokiego, wygodnego traktu. My – zdrożeni; Zorba i Jurek podkłusowują wesoło czując bliski kres wędrówki. Zostawiamy naszych towarzyszy przy stercie siana obok bazy rangersów. Dla nich taka wędrówka to codzienność, dla nas – cudowna przygoda…

Wracamy do Mai, pakujemy się i serdecznie żegnamy z całą rodziną gospodarzy. Dzień ma się ku końcowi, a my chcemy dzisiejszą noc spędzić jak najbliżej Vardzii – kamiennego miasta-klasztoru wykutego w skale. Jutro rano planujemy jego zwiedzanie. Dobranoc :-)

17/01/2014

Zima dopisuje :)
Wszyscy w formie

Photos from Kaukaz Konno's post 15/01/2014

Zwariowana kładka i ruiny cerkwi w Atskuri

15/01/2014

Z DZIENNIKA PODRÓŻY CZYLI MACIEJEWSKA W GRUZJI... (5)

12 listopada 2013 – ciąg dalszy :-)

Tym razem zacznę opowieść od posiłku, na który składają się chinkali – pyszne pierogi w kształcie sakiewek wypełnione mięsem i wonnym rosołem… Spożywamy w nabożnym skupieniu, a przy sąsiednim stoliku trwa supra – jest południe, goście biesiadują, toasty płyną razem z winem. Czyli dzień jak co dzień. Nie chcę bynajmniej sugerować, że nasi bracia Gruzini zajmują się wyłącznie szeroko rozumianą konsumpcją, bynajmniej. Fascynuje mnie ich potrzeba spotykania się, socjalizowania, wspólnego bycia razem, rozmowy. Tak, stanowczo to wyznawcy slow-food, czego wyrazem jest fakt, że MacDonaldy w Gruzji można policzyć na palcach jednej ręki niezbyt zręcznego stolarza.

Ruszamy do boju, czyli – zwiedzamy uzdrowisko Borjomi. Krocząc główną aleją spacerową mijamy będący w budowie wielki hotel zaprojektowany przez Włochów, okazały i elegancki. Aby do niego dotrzeć trzeba przejść najbardziej zwariowaną kładkę świata: w kształcie supełka (patrz: zdjęcie). W mojej lekko zakręconej głowie powstaje już obraz Maciejewskiej wędrującej wzdłuż zawiniętej konstrukcji głową do góry. W końcu cóż, jak ci Włosi tacy sprytni to może coś z grawitacją zrobili?...

Kroczymy nadal dumnie deptakiem, wokół pieczołowicie restaurowane drewniane pensjonaty. Wśród nich perełka z pogranicza kiczu: willa wniesiona w 1982 r. przez konsula Iranu dla jego żony, Firuzy. Willa jest błękitna, zdobiona niezliczonymi koronkami snycerskiej roboty, a przede wszystkim wielką loggią, której strop i ściany wyłożone zostały miriadami lusterek tworzących misterną mozaikę.

Na terenie parku zdrojowego zaczepia nas sympatyczny pan przewodnik: nie możemy sobie odmówić przyjemności skorzystania z jego gawędy, zwłaszcza, że pan jest ujmujący, w kaszkiecie i z teczką, no i strasznie mi przypomina jakąś postać z rosyjskiego filmu, taki jakby kaowiec – ale nie „gupi”, o nie! Pan ma w małym paluszku historię Borjomi, które widać, że kocha miłością czystą i lokalną.

Borjomi rozpoczęło swoją uzdrwiskową karierę na początku XIX w., gdy region ten znajdował się pod okupacją rosyjską. Wicekról Michaił Woroncow, zafascynowany tutejszym krajobrazem i własnościami borżomskich wód uczynił z tego miejsca swą letnią rezydencję otaczając ją nowym parkiem. W 1871 r. Borjomi otrzymał wielki książę Michaił Nikołajewicz, a jego syn pobudował w niedalekim Likani pałac, istniejący do dziś.

Opuszczamy miłego pana i udajemy się w górę doliny, pod prąd rzeki czasu. Pan z teczką jest bowiem chyba magiem, który otwiera nam krainę bajki o socrealizmie. Mijamy więc grzybki z betonu, pod którymi żyją cementowe krasnale, strzelistego herosa dekorującego strumień spływający piękną kaskadą, okręt z blachy i teowników (dwuteowniki też tam były) oraz drewnianą budkę, gdzie zmarznięta pani owinięta pledem, z fusiastą kawą w ręku, usiłuje sprzedać turystom pamiątki. Wszystkie te cudeńka otoczone są surowym kaukaskim lasem, co nadaje temu miejscu nieco groteskowy charakter.
Wreszcie dochodzimy do źródła czasu. No i faktycznie do źródła, bowiem w górnej części doliny znajduje się ujęcie gorącej źródlanej wody w postaci baseniku. Popadam w totalny zachwyt! Łąka wśród borów, na tej łące buda z brezentu (przebieralnia?) betonowy basen pomalowany na lazurowo i… rura! Rura doprowadzająca wodę ze źródła wprost do kąpieliska! Rura niezwykła, rura wielokrotnie złożona, rura absolutnie eklektyczna, po prostu WSZECH-RURA! Nic Wam nie napiszę więcej, zobaczcie sobie na filmie!

Wracamy, wehikuł czasu dostarcza nas z powrotem w 21szy wiek, czyli włoscy architekci szaleją, szaleje modernistyczna kładka. Ale nam oczywiście nie starcza, więc zapuszczamy się w boczne uliczki miasteczka. Wśród drzew odkrywamy stareńki kompletnie zrujnowany pałacyk, przytulony do zbocza doliny. Widać, że skazany jest on na powolną śmierć: dach już się zapadł, przez dziury w ścianach dostrzec można przestronne wnętrza. Strzeliste lukarny zdobione snycerką, wielkie półokrągłe okna. Doskonałe siedlisko dla duchów – szkoda, że odejdą wraz z tą piękną choć mroczną budowlą…

Powoli wracamy do naszej bazy. Po drodze mijamy porażający obraz, na który niestety nierzadko można się tutaj natknąć: bloki zamieszkałe przez uchodźców. Budynki dosłownie się sypią, dachy, schody, wszystko w ruinie. Kiedy przywołuję sobie obrazki z Borjomi widzę problemy, z którymi borykają się Gruzini. Tak bardzo walczą, żeby wyremontować, odrestaurować, oczyścić swój kraj, ale bezmiar potrzeb jest przytłaczający. Ja w nich wierzę.

Nieco zdrożeni docieramy do Atskuri: chociaż się ściemnia jedziemy oglądać ruiny tutejszej twierdzy. Krążąc dookoła nich odkrywamy coś jeszcze: szczątki wielkiej cerkwi. W zachmurzone niebo strzelają popękane ściany, gruz leżący wokół nosi ślady rzeźbień; wchodzimy do środka – nawet w obecnym stanie budowla pozostaje monumentalna. I trochę straszna… więc podskakuję, gdy zza ruin portalu wyłania się drobny człowieczek. Wita nas uśmiechem i prowadzi do kaplicy wygospodarowanej wśród ruin. Opowiada nam o historii cerkwi, wzniesionej w X w. Na jej wzór zbudowano w Tbilisi współczesną katedrę Świętej Trójcy (Tsminda Sameba)– dzisiejsze centrum gruzińskiego prawosławia. W Atskuri apostoł Andrzej pozostawił słynną ikonę Bożej Matki, z którą wędrował przez Gruzję niosąc chrześijaństwo, gdyż tutaj dzięki modlitwom przywrocił on umarłemu życie.Obecnie słynna ikona znajduje się w Muzeum Sztuk Pięknych Shalva Amiranashvili w Tbilisi.Na deser słyszymy jeszcze anegdotę na temat rosyjskiej pomocy, po którą zwrócili się Gruzini w obliczu tureckiego najazdu: kiedy Turcy zajęli twierdzę w Atskuri rosyjski generał przybył z odsieczą, a jakże. Walnął z armaty, zrobił dziurę w ścianie, i odjechał. Dziura widnieje do dziś, chyba jako symbol rosyjskiego wsparcia.

Zmęczeni wracamy do Mai – tym razem gospodyni pomknęła na wesele, a nas pozostawiła pod opieką swojego ojca, przesympatycznego starszego, tj. bardzo mocno starszego, pana. Pan ów już na wstępie rzuca się nam na szyje i całuje dubeltowo, ze słowami, że nas, Polaków, kocha. Cóż, bardzo to miłe, ale dlaczego? – pytamy lekko zdumieni. „Bo wy też nienawidzicie Ruskich” , odpowiada ze słodkim uśmiechem pan i serdecznie prosi nas do stołu…

Pałaszujemy i padamy do łóżek – jutro wyprawa konna.

Chcesz aby twoja firma była na górze listy Siłownia I Obiekt Sportowy w Warsaw?

Kliknij tutaj, aby odebrać Sponsorowane Ogłoszenie.

Lokalizacja

Kategoria

Adres


Strzembowo 103
Warsaw
09-152