02/02/2023
Po fejsbuku hula tekst Sławomira Dudka, który wklejam poniżej. Postanowiłam się do niego odnieść, bo porusza ważne kwestie i jest w nim trochę racji, ale też sporo stwierdzeń, z którymi nie mogę się zgodzić, a nawet nadużyć, które domagają się komentarza.
Artykuł traktuje o rzekomo zagrożonym przez środowiska prozwierzęce wizerunku jeździectwa.
Autor zaczyna od roli mediów, od tego, że dziś każdy może wrzucić dowolne zdjęcie do internetu i w ten sposób kreować mylne wyobrażenie o jeździeckim świecie i doli koni.
Zgadzam się z tym, że nie należy oceniać jeźdźca po zdjęciu, na którym został uchwycony, z wyjątkiem oczywistych sytuacji, kiedy fotografia pokazuje za ciasno lub nieprawidłowo założony sprzęt, niebieski język u konia, ślady krwi na jego bokach, itp. W wielu przypadkach na zdjęciu widzimy po prostu niefortunnie złapany moment dysharmonii między człowiekiem i koniem, który być może trwał ułamek sekundy.
Jednak dalej w artykule czytamy, że "są oczywiście i takie [zdjęcia - przyp. mój], które wiernie oddają chwilę gdy ręka jeźdźca staje się zbyt mocna czy agresywna, kiedy ostroga zbyt mocno działa. Ich publikacja nie poprawi tej sytuacji!" a z tym już nie mogę się zgodzić.
Dwa akapity wcześniej autor pisze o standardach obowiązujących na zawodach jeździeckich i, zgodnie zresztą z moimi własnymi odczuciami, podkreśla, że sytuacja zmienia się na lepsze. Tak jak kiedyś było normą, że zawodnik brutalnie karał konia za wyłamanie, czy odmowę skoku, "dzisiaj takie zachowania wywołują natychmiastową reakcję publiczności i członków komisji sędziowskich." Autor nie pokusił się jednak o próbę odpowiedzi na pytanie, co te zmianę wywołało. A moim zdaniem wywołało ją właśnie nagłaśnianie tematu złego traktowania koni i piętnowanie takich zachowań w mediach. Praca, którą wykonują środowiska prozwierzęce.
Dlatego uważam, że publikacja zdjęcia pokazującego skandaliczne zachowanie zawodnika, owszem może poprawić sytuację, jeśli nie konkretnego konia, to koni ogółem. Jeśli ucierpi na tym wizerunek jeździectwa, to być może słusznie. Może dbanie o ten wizerunek powinniśmy zacząć od autorefleksji i pracy nad sobą, tak, żeby takie zdjęcia nie mogły w ogóle powstać.
W dalszej części artykułu autor pisze o działalności organizacji PETA, która jakoby wcale nie poprawia losu zwierząt.
Argument o schroniskach, w których panują złe warunki, jest nietrafiony. Jeśli zwierzę jest odebrane interwencyjnie, to znaczy, że było głodzone, katowane, albo cierpiało z zimna lub chorób i nie otrzymywało pomocy. W schronisku dostaje szansę na przeżycie: jedzenie, schronienie, podstawową opiekę weterynaryjną. Także szansę na adopcję (szansę!). Owszem, warunki panujące w schroniskach często są trudne i zwierzęta różnie je znoszą, ale w porównaniu do tego, co wcześniej przeżyły, ich los staje się lepszy. Pracujmy nad tym, żeby jak najmniej zwierząt musiało być odbieranych, wtedy schroniska nie będą przepełnione i będą miały lepsze warunki.
Sam fakt (jeżeli to prawda), że 85% zwierząt interwencyjnie odebranych przez PETA zostaje poddanych eutanazji, jeszcze o niczym nie świadczy. Takie statystyki mogą brzmieć szokująco, ale ja chciałabym zobaczyć dowody na to, że tym zwierzętom dało się pomóc. Łatwo dostać łatkę mordercy, kiedy wykonuje się taką pracę. Znajoma lekarz weterynarii dostała kiedyś telefon, żeby przyjechała, bo klaczy po wyźrebieniu nie odeszło łożysko. Kiedy urodziła? Dwa dni temu! W takiej sytuacji weterynarz ma właściwe pewność, że jedzie konia uśpić. Dlaczego pomoc nie została wezwana wcześniej, nie wiadomo. Ale to lekarz dostanie łatkę kata. Dlatego nie byłabym tak prędka do jednoznacznego interpretowania tej statystyki, co nie znaczy, że tego typu organizacjom nie należy patrzeć na ręce (na pewno należy).
Następnie w artykule pojawia się temat incydentu podczas ostatnich IO. Trudno zgodzić się ze stwierdzeniem autora, że Annica Schleu była "ofiarą" wydarzeń w Tokio, a zwłaszcza z tym, jak pomija w swoim tekście główną ofiarę, czyli konia. Być może zwierzę nie zostało dobrze przygotowane, ale zawodniczka i jej trenerka mogły i powinny były zachować się inaczej.
Niepokoi też fakt, że autor nie powołuje się na żadne sprawdzalne dane, kiedy pisze o tragicznych zaniedbaniach i znęcaniu się nad zwierzętami: "Zapewne w jakimś nikłym procencie będą to przypadki autentycznie wymagające interwencji. Jak jednak pokazywało realne życie do tej pory, przytłaczająca większość to sztucznie rozdmuchane sprawy, które kończą się wielką niesprawiedliwością. Ktoś traci swój majątek, konie wcale nie poprawiają swojego losu (bardzo często po przejęciu przez fundację zostają wciągnięte w komercyjne jazdy). Jedynym wygranym w tej sprawie jest fundacja, beneficjent tego systemu." Łatwo taką rzecz napisać i zniszczyć wizerunek (nomen omen) takich organizacji, a nie podać żadnych źródeł na potwierdzenie swoich słów.
Zgadzam się natomiast ze słowami Michała Kaczorowskiego, że opiniować konkretne przypadki takich zaniedbań powinni ludzie wykwalifikowani, znający naturę i potrzeby gatunkowe zwierząt, których dotyczą sprawy. Pamiętam, że wiele lat temu zszokował nas i przestraszył (nas, czyli moje stajenne środowisko) pomysł zakazu trzymania zwierząt w zimie na zewnątrz. Konie, którymi się zajmuję, musiałyby wtedy zostać wszystkie odebrane, bo stoją na pastwisku 24/7 niezależnie od pogody.
Zachowajmy więc zdrowy rozsądek, ale też bądźmy odpowiedzialni za nasze słowa. Nie sadźmy, nie znając sytuacji, nie powtarzajmy zasłyszanych informacji bez ich sprawdzenia. Uczmy się o zwierzętach tak, żeby skutecznie im pomagać i ich bronić. I przede wszystkim, zaczynajmy od siebie, bo wizerunek jeździectwa możemy uratować jedynie przez dobry przykład.
Jak nas widzą – czyli o wizerunku, obłudzie, głupocie i cynicznej grze o kasę
„W idealnym świecie konie miałyby swobodę prowadzenia własnego życia, a ludzie nie stawialiby im wymagań. Konie zasługują na to, by żyć zgodnie z naturą. Jeśli spojrzymy uczciwie na nasze ...